środa, 13 maja 2015

Co można robić w Coron Town

W samym miasteczku Coron Town nie ma możliwości kąpieli ani dostępu do plaży. Jest to główna baza wypadowa na wycieczki typu island hopping po okolicznych wyspach.
Nie oznacza to jednak że w samym miasteczku będziemy się nudzić. Oto nasza lista* rzeczy, które robiliśmy w Coron Town:

*Prawdopodobnie znaleźlibyśmy więcej sposobów na spędzenie miło czasu w Coron, niestety byliśmy przez kilka dni uziemieni z powodu mojego palca (o tym co się z nim stało można przeczytać TUTAJ (KLIK) )
  1. Nurkowanie na wrakach statków japońskich z czasów II Wojny Światowej.

    Dla nas No. 1 !!! Jak dotychczas najlepsze podwodne doświadczenie w naszym życiu. To taki island hopping, tyle że dla odważniejszych.
    Wypływa się w na całodniowy rejs podczas którego nurkuje się na kilku wrakach japońskich okrętów. O ile podczas tradycyjnego island hoppingu pływało się liczną grupą małą bangką, tutaj płynie się całkiem sporym stateczkiem. Nie licząc członków załogi to oprócz nas na rejsie był z nami jeden Chińczyk i jeden Austalijczyk. Mieliśmy więc cały statek dla siebie :)
    Mój mąż posiada licencję nurkową PADI, jednak hej - to przecież Filipiny - ja nie posiadam nic, chociaż znam podstawy nurkowania - po prostu miałam ze sobą członka załogi, który płynął koło mnie.

    O wrakach można poczytać choćby tutaj: http://www.coronwrecks.com/sites.htm (wymieniony Skeleton Ship Wreck ,,zalicza się" podczas zwykłego island hoppingu). Mieliśmy okazję zobaczyć wraki Olympia Maru, Kogyo Maru oraz jeszcze jeden, którego nazwy nie zanotowałam. Wraki rozmieszczone są od 15 do 30 metrów poniżej poziomu morza. Ja jako osoba bez PADI nie mogłam płynąć na wrak położony najgłębiej.

    Jeśli chodzi o same wraki to wrażenia z pływania w nich i koło nich są nie do opisania. Morska fauna i flora rozgościła się w nich i znalazła nowy dom. Boki porośnięte są przepiękną rafą koralową. Wokół pływają fantastycznie kolorowe ryby. Przez otwór powstały po uderzeniu można wpłynąć do środka jednego z okrętów (Kogyo leży na boku) a wypłynąć z zupełnie innej strony. Można pozaglądać do ładowni, przepłynąć koło silnika. Wszędzie towarzyszą nam wszelakie morskie żyjątka. Jakby jeszcze tego było mało zobaczyłam pod wodą żółwia! To wielki zaszczyt natknąć się na takiego jegomościa w skorupie i udało się to tylko mnie i członkowi załogi, który ze mną płynął. Żółw wyglądał tak jak na zdjęciu i płynął sobie z dostojną miną machając leniwie łaciatymi łapkami. Na samą myśl uśmiecham się ze szczęścia. W końcu szczęście zawsze towarzyszy początkującemu prawda?


    Źródło: http://animalwonder.com/?p=416

    Wrażenia z nurkowania na wrakach są naprawdę niezapomniane. Nie mamy niestety żadnych zdjęć ponieważ nie dysponujemy wodoodpornym ekwipunkiem pstrykającym.





  2. Wspinanie się na górę Tapyas.

    Do pokonania wzniesienie a potem schody...duuuużo schodów. Radzę zabrać dużą butelkę wody do plecaka. 
    Widok zdecydowanie wart trudów wchodzenia przy filipińskim upale i bardzo wysokiej wilgotności powietrza. 
    Na szczycie Tapyas znajduje się olbrzymi biały krzyż, który widać z morza, kiedy dopływa się do portu w Coron Town.
    Najlepiej wybrać się na górę, kiedy słońce zaczyna zachodzić, ale jest jeszcze widno, a potem zostać na podziwianie zachodu słońca. A z resztą zobaczcie sami:

















Film:


3. Podziwianie zachodu słońca w restauracji La Sirenetta. 

Restauracja to może za szumna nazwa. To po prostu knajpka jakich wiele w Coron Town. To co ją wyróżnia to to, że znajduje się na końcu molo i dzięki temu rozpościera się z niej genialny widok na może. Jedzenie jest jak na Filipiny stosunkowo drogie, a porcje małe, dlatego do jedzenia nie zachęcam. Za to GORĄCO ZACHĘCAM do zakupienia FROZEN MANGO MARGARITA. Omnomnom ślinka mi cieknie na samo wspomnienie tego przepysznego trunku. Złóżcie sobie równanie: Azja Południow-Wschodnia=Przepyszne owoce żółtego mango + alkohol = OMNONONOMNOM :-) 
To może nie do końca równanie, ale w każdym razie polecam gorąco. 




Frozen Mango Margarita. Boska ambrozja wprost z Filipin :-) 

Droga do restauracji



4. Obiadokolacja w Winnie's. 


Umówmy się. Filipiny to nie to samo, co kulinarny raj w Tajlandii czy Malezji. Filipińskiemu jedzeniu daleko do ideału. Następny post będzie poświęcony właśnie (dość paskudnemu) jedzeniu na Filipinach. 
W Winnie's zjedliśmy najlepsze potrawy podczas całego naszego miesięcznego pobytu. Były tak pyszne, że mogą śnić się po nocach ;-)
Ale po kolei.
Knajpka wygląda dość niepozornie, jednak nie dajcie się zwieść i wejdźcie do środka. 
Prowadzi ją...Szwajcar, który w pierwszym odbiorze wydaje się dość gburowatym starszym jegomościem, jednak ponownie - znowu nie dajcie się zwieść, bo pan okazuje się być bardzo miły.
Codziennie na tablicy wypisywane jest menu. Zawsze na świeżych składnikach, dlatego każdego dnia może się nieco różnić (byliśmy w Winnie's kilka razy - kto raz tam zje będzie chciał wrócić! :D )
Jako przystawka podawany jest świeżo pieczony domowy chleb (kto podróżuje dłużej po Azji z pewnością to doceni, chociaż i my po miesięcznym pobycie delektowaliśmy się nim) oraz coś drobnego do chrupania. 
Polecam zamówić sałatkę ośmiornicy....Płaszczkę....Omlet z mięsa kraba....Wieprzowinę w sosie z sera pleśniowego i białego wina (wiem - ser pleśniowy to raczej produkt mało filipiński ale danie jest wyborne...i jeszcze ten świeżo pieczony chlebek maczany w tym sosiku - mmmmmmhmmm mmmmm!!!) WSZYSTKO JEST PO PROSTU ORGAZMEM W PASZCZY, a sałatka ośmiornicy śni mi się do tej pory w nocy. Serio, serio. Polecam gorąco!!! 
Gdyby jeszcze serwowano tam frozen mango margarita rozłożyłabym na podwórku koło Winnie's namiot :P


Post Scriptum

A tak wygląda dumnie brzmiąca ulica National Higway przy której mieści się kanjpka Winnie's oraz wejście na uliczkę prowadzącą na górę Tapyas  ;-)






poniedziałek, 6 kwietnia 2015

Chlebek nadziewany szpinakiem i fetą

Wesołych Świąt i mokrego dyngusa.
Dzisiaj Lany Poniedziałek i szybki przepis na specjalne życzenie po zamieszczeniu zdjęć na Instagramie ;-)
W związku z tym dzisiaj pojawią się zdjęcia trochę gorszej jakości.



 Do chleba potrzebujemy łącznie 500 g mąki.

Składniki na ciasto chlebowe:


  • 350 g mąki (typ 550, używam Lubelli do ciast drożdżowych)
  • 175 ml ciepłej wody 
  • 1 opakowanie drożdży w proszku (7g)
  • 1 łyżeczka soli
  • 1 łyżeczka cukru 
  • 100 g miękkiego masła

Składniki na farsz szpinakowy:


  •  500 g mrożonego szpinaku (używam szpinaku w liściach, ale może być też bardziej rozdrobniony)
  • 200 g sera feta (używam już gotowych kostek Arla Apetina)
  • 150g mąki
  • 3 ząbki czosnku lub więcej w zależności od ostrości czosnku i preferencji smakowych
  • do doprawienia: sól, pieprz, zioła prowansalskie, oregano 
  • ziarna słonecznika do posypania
  • + 1/3 zagniecionego ciasta chlebowego

Wykonanie:


  1. Z mąki usypać wzgórek, dodać drożdże w proszku, cukier, sól i za pomocą dużego noża dodawać masło siekając mąkę z masłem, dodawać powoli ciepłą wodę. Kiedy składniki się połączą zagnieść gładkie ciasto. Ciasto włożyć do miseczki, przykryć ściereczką i odstawić do wyrośnięcia w ciepłe miejsce na około godzinę.  W tym czasie przygotowujemy szpinak.
  2. Szpinak rozmrozić w garnku, dokładnie odsączyć ze zbędnej wody na sitku. Dodać przeciśnięty przez praskę czosnek, doprawić do smaku solą, pieprzem, oregano i ziołami prowansalskimi. Do szpinaku dodać 150 g mąki i dokładnie wymieszać. Odstawić
  3. Ciasto przełożyć lekko podsypaną mąką stolnicę, pozagniatać pozbywając się pęcherzyków powietrza. Uformować ciasto w równy wałek i odkroić 1/3 ciasta.   
  4. 1/3 ciasta dodać do farszu szpinakowego i dokładnie zagnieść ręką lub rozrywać ciasto na mniejsze kawałki i bardzo dokładnie mieszać łyżką. Do tak zagniecionego ciasta dodać kostki sera feta i delikatnie wymieszać, aby kostki się nie rozpładły
  5. Pozostałe ciasto rozwałkować na prostokąt. (około 30x25 cm, musi być na tyle duży aby pomieścił farsz). Blachę z wyposażenia piekarnika wyłożyć papierem do pieczenia. Nawinąć rozwałkowane ciasto na wałek i delikatnie przełożyć na blachę. Ułatwi to zawijanie bez konieczności przenoszenia ciasta.
  6. Nadzienie ze szpinaku wyłożyć na rozwałkowane ciasto, uformować w równy wałek. Boki rozwałkowanego ciasta zagiąć do środka, następnie zawinąć od góry i z dołu. Delikatnie przełożyć w ten sposób aby łączenie znalazło się na spodzie. Teraz możemy chwycić za boki papieru do pieczenia i przełożyć ciasto do keksówki lub piec ciasto ,,luzem" na blaszce z wyposażenia piekarnika. Ciasto z keksówki będzie miało kształt kwadratu natomiast ciasto pieczone ,,luzem" rozpłaszczy się w trakcie pieczenia  i będzie bardziej podłużne i prostokątne. 
  7. Ciasto ponownie przykryć ściereczką i zostawić do ponownego wyrośnięcia na około 20 minut. 
  8. Po tym czasie ciasto posmarować delikatnie wodą, zrobić u góry ozdobne nacięcie w formie ukośnej linii, które w trakcie pieczenia ładnie się otworzy. Na koniec posypać ziarnami słonecznika.
  9. Piec 45 minut w piekarniku nagrzanym do 180 C.


niedziela, 29 marca 2015

Island hopping w Coron

Tak samo jak w El Nido na Palawanie, również w Coron Town jest możliwość wypłynięcia na całodniowy island hopping - czyli zorganizowaną wycieczkę gdzie pływa się od jednej destynacji do drugiej.
Do wyboru mamy również kilka różnych wycieczek (warianty A, B, C, D, E). Ceny oczywiście do negocjacji.
My wybraliśmy opcję, która zawierała wizytę na rajskiej bezludnej wysepce porośniętej lasami namorzynowymi (uwaga na węże), nurkowanie na wraku statku (Skeleton Ship Wreck)(statek jest tak płytko, że wystarczy tylko maska z rurką, aby go zobaczyć, a mając płetwy i umiejętność wstrzymania oddechu na dłużej można spokojnie do niego dopłynąć), przerwę na snurkowanie na rafach, rejs na Twin Lagoon (Small i Big Lagoon), obiad na kolejnej uroczej wyspie, jezioro Kayangan (z ominięciem jeziora Barracuda).

Przystanek 1. Rajska wyspa

Przystanek 1. Rajska wyspa

Przystanek 1. Rajska wyspa i lasy namorzynowe

Przystanek 1. Rajska wyspa

Przystanek 1. Rajska wyspa

Przystanek 1. Rajska wyspa
Muszę przyznać, że porównując island hopping w El Nido a w Coron to drugie podobało nam się zdecydowanie bardziej. Po pierwsze było zdecydowanie mniej ludzi i mniej łódek, a także destynacje były dużo ciekawsze i bardziej zróżnicowane. 

Skeleton Ship Wreck. Dla nas była to bardzo smaczna przystawka przed wypłynięciem na nurkowanie z butlą na wrakach statków japońskich z czasów Drugiej Wojny Światowej. Jeśli ktoś nie ma patentu nurka lub boi się nurkować (na Filipinach wszystko jest do załatwienia...mój mąż ma licencję PADI, ja nie mam nic a mimo to nurkowaliśmy na wrakach oboje) to Skeleton Wreck stanowi całkiem fajny ekwiwalent.
Wrak jest umiejscowiony bardzo płytko dlatego aby go zobaczyć wystarczy jedynie maska z rurką. Jeśli ktoś posiada także płetwy może spokojnie zejść niżej i pływać wokół statku. Ze statku został jedynie szkielet jego konstrukcji porośnięty muszlami i innymi żyjątkami morskiej fauny i flory. Nie mam żadnego zdjęcia, bo nie jesteśmy szczęśliwymi posiadaczami wodoodpornego aparatu. Poniżej dwa zdjęcia poglądowe znalezione w sieci:

Źródło: http://www.panoramio.com/photo/2824349

Źródło: http://www.amphibi-koresort.com/packages/coron_escapade.html
Pod powierzchnią wody znajduje się wrak
 
Gotowa na oglądanie wraku

Twin Lagoon (Small & Big Lagoon)

Świetne miejsce, które bardzo nam się podobało. Wyobraźcie sobie dwie laguny - większą i mniejszą. Łódź dopływa do większej, a żeby przedostać się do mniejszej należy przepłynąć przez otwór w skale. Ale pomijając fantastyczne otoczenie nie to jest główną atrakcją. Otóż morska woda (słona i ciepła) miesza się tam z wodą słodką i zimną. W ten sposób mamy wodę o różnych warstwach temperatur - na przemian jest ciepła-zimna-ciepła-zimna. Przy czym woda na samej górze jest zimna (a nie ciepła do czego jesteśmy przyzwyczajeni jeśli pływamy w małych zbiornikach wodnych w Polsce). Uczucie jest bardzo zabawne, nasz przewodnik porównał to do uczucia jakie towarzyszy nam jeśli ktoś zrobi w wodzie siku :D (ale nikt z Czytelników NIGDY tego nie zrobił, prawda :P ?) 
Mało tego - woda poprzez różne poziomy jest mało przejrzysta - wygląda jak rozlany w wodzie olej.




Wracamy z Twin Lagoons i płyniemy do kolejnej destynacji:







Zatrzymujemy się na obiad na kolejnej uroczej wyspie:

Przerwa na obiad







Kotku masz rybkę :)




Krabik
 Płyniemy dalej. Mamy przerwę na snurkowanie na przepięknych rafach koralowych położonych zaraz przy brzegu.
 Naszą kolejną destynacją jest jezioro Kayangan.





 Okolice Kayangan Lake


Zdjęcie zatoki w okolicy jeziora Kayangan zawsze pojawia się na Fly4Free kiedy w ofercie są promocyjne loty na Filipiny. 
Aby mieć najlepszy widok na zatokę należy wspiąć się w górę po skalnych schodach. Po odpoczynku i zrobieniu zdjęć schodzi się w dół do jeziora Kayangan.




 Kayangan Lake


Woda w jeziorze jest słodka i posiada inną gęstość, przez co w porównaniu z innymi odwiedzonymi destynacjami pływa się w niej nieco trudniej. Miejscowi uwielbiają straszyć lokalnymi przypowieściami o żyjącej w jeziorze gigantycznej ośmiornicy. W jeziorze Barracuda straszy natomiast olbrzymia ryba o tej samej nazwie. To co udało się nam znaleźć w jeziorze to słodkowodne krewetki, ślimaki i rybki...lubiące podszczypywać ludzki naskórek (paskudne uczucie!).
Dno jeziora usiane jest ostrymi jak brzytwa skałami, a woda jest bardzo czysta. 
Wśród skał otaczających jezioro znajduje się także ukryta jaskinia do której można wpłynąć, jeśli posiada się maskę i rurkę lub potrafi się na odrobinę dłużej wstrzymać oddech i nie ma oporów przed pływaniem z otwartymi pod wodą oczami. Muszę być szczera...dostałam w jaskini ataku paniki :D Było tam niezwykle ciemno i ciasno, przewodnik, który wpływał z nami ostrzegł, aby ze względu na ostre skały ruszać delikatnie jedynie rękoma, aby nie poranić sobie nóg. Przypomniałam sobie film ,,Zejście", czułam jak skały ocierają się o moje nogi, było bardzo ciasno i bardzo ciemno i nagle zaczęłam wyobrażać sobie kiedy jakaś oślizgła macka otrze się o moje nogi. Cóż...wtedy prawie utopiłam swojego męża, bo wskoczyłam mu na plecy nieco go podtapiając. Ciemność, ciasnota i moja wybujała wyobraźnia zrobiły swoje, ale i tak nie żałuję, że tam wpłynęłam i polecam to każdemu :-)






Słońce zaczęło chylić się ku zachodowi. Zeszliśmy schodami na przystań w zatoce przy jeziorze Kayangan i odbyliśmy rejst powrotny.
Wszystkie miejsca odwiedzałam z obolałym opuchniętym palcem, jednak przy opracowanej technice chodzenia i zwiększonej ostrożności nawet chodzenie po skałach nie było bardzo uciążliwe. O tym jak boleśnie przywitało mnie Coron Twon można przeczytać we wcześniejszym wpisie TUTAJ (KLIK)