środa, 30 października 2013

One Night (?) In Bangkok /część 2/Wat Pho

  Wat Pho znana turystom bardziej jako Świątynia Leżącego/Odpoczywającego Buddy jest największą i najstarszą świątynią w Bangkoku. Jak sama jej alter nazwa wskazuje możemy w niej zobaczyć olbrzymi posąg Buddy długi na 43m i wysoki na 15m w pozycji wyżej wymienionej. Gdy Buddę przedstawia się w ten właśnie sposób, ma to oznaczać moment przechodzenia Buddy w stan nirwany. 
   Jednak szczerze powiedziawszy z całej świątyni ten posąg podobał nam się najmniej. Jak we wszystkich miejscach kultu w Tajlandii ściągasz buty, następnie owijasz się sarongiem żeby zasłonić kolana, wchodzisz do środka. Budda nie znajduje się w zamkniętym pomieszczeniu tylko w czymś  na kształt zadaszonej altany(?), hallu (noo cholera w pokoju bez ścian noo!). W każdym razie dach podpiera kilka filarów za którymi leży Budda, co niestety nieco ogranicza widoczność. Jako że jest to znana atrakcja turystyczna kategorii must see  jest też bardzo tłoczno. Tak bardzo, bardzo tłoczno (jakoś ze wszystkich miejsc w BKK tłok przy leżącym Buddzie najbardziej zapadł mi w pamięci, może dlatego, że wszyscy tłoczą się w tym jednym konkretnym miejscu, a może po prostu my trafiliśmy na taki tłok). W każdym razie nie zrobiliśmy ani jednego zdjęcia, ciężko jest też przystanąć i przyjrzeć się Buddzie, bo tłum napiera by iść dalej. Warto przyjrzeć się też stopom Buddy ponieważ inkrustowane są macicą perłową, jednak i tu ciężko było zrobić zdjęcie nad ogromem głów.

Zdjęcie nie jest moje, pochodzi ze strony http://en.wikipedia.org/wiki/File:Reclining_Buddha_in_Wat_Pho_%28494623511%29.jpg

Zdjęcie nie jest moje, pochodzi ze stronyhttp://en.wikipedia.org/wiki/File:Wat_Phra_Chetuphon_Vimolmangklararm_Rajwaramahaviharn_05.jpg


   Warto jednak zobaczyć samą świątynię i pokręcić się po niej, a natrafi się na inne ciekawe rzeczy. Podobała nam się rzeźba przedstawiającego FARANGA czyli człowieka Zachodu - tak jak widziany jest oczami Azjatów. Farang to mniej więcej odpowiednik japońskiego gajdzina. Słowem ,,farang" określa się też owoc guavy, więc jest śmiesznie kiedy >Farang je farang< ;-)
Posąg symbolicznie przedstawia pierwszych ,,Ludzi Zachodu" docierających na Daleki Wschód. Figura ma duży nos, krzaczaste brwi, brodę, oraz cylinder będący nieodłącznym elementem dawnej epoki :-)
  W świątyni rozlokowane są tez liczne czedi zdobione ceramicznymi ornamentami tworzącymi piękne kolorowe mozaiki i motywy kwiatowe. Nie służą one ozdobie, lecz stanowią miejsce przechowywania prochów ludzkich, można powiedzieć, że to takie mini-grobowce. Na terenie Wat Pho 71 mniejszych czedi zawiera prochy rodziny królewskiej, a 21 większych zawiera prochy Buddy (swoją drogą Budda musiał zostać chyba poszatkowany w drobny pył, bo miałam okazję być też w świątyniach, w których znajduje się ząb Buddy, kawałek obojczyka Buddy i jeszcze kilka innych fragmentów ciała, których nie pamiętam)


  Oprócz posągów przedstawiających Farangów są też Chińscy wojownicy strzegący świątyni. Plotka niesie, że przypłynęli z Chin robiąc za obciążenie dla chińskich statków handlowych.





Boki świątyni otaczają posągi Buddy stanowiące granicę między sacrum i profanum, oddzielające sferę duchową od sfery ludzkiej.




Ozdobne ornamenty na dachu świątyni. Te pionowe szpikulce na zwieńczeniach dachu symbolizują mityczne węże Naga.
Warto wspomnieć, że Wat Pho została zbudowana przy wykorzystaniu ruin innej wielkiej świątyni, która znajdowała się w Ayutthai (dawnej stolicy Tajlandii) i została zniszczona w 1767 podczas najazdu Birmańczyków.




    W kompleksie świątynnym Wat Pho znajduje się też pierwsza szkoła tajskiego masażu oraz tradycyjnej medycyny założona w 1962r. Korzysta się tam ze starych zapisków medycznych zapisanych na 60 tablicach opisujących ciało ludzkie. Na ścianach obok tablic zostały wykute opisy punktów terapeutycznych i ścieżek energetycznych - stanowiących korelację pomiędzy uciskaniem w trakcie masażu konkretnych miejsc na ciele, a ich leczniczym działaniem.    
Zdjęcie nie jest moje, pochodzi ze strony http://en.wikipedia.org/wiki/File:Thai_massage.jpg

Zdjęcie nie jest moje, pochodzi ze stronyhttp://www.istockphoto.com/stock-photo-17750976-thai-massage-wat-pho-bangkok-thailand.php

     Kiedy wyszliśmy na zewnątrz świątyni znaleźliśmy ładny zielony park stanowiący miejsce wypoczynku i spotkań Tajów. Odpoczywały dzieci, młodzież szkolna i osoby starsze, mnisi oraz kilku farangów. W pobliżu nieodłączny element BKK - wózeczek z jedzeniem, w tym przypadku były to świeże soczyste owoce obłożone lodem. Kupiliśmy ananasa i mango i postanowiliśmy usiąść na kamiennych schodach i odpocząć. Lokalizacja jest świetna, bo za plecami ma się Wat Pho, a przed oczami rzekę Menam (Chao Phraya), a na jej drugim brzegu piętrzy się świątynia Wat Arun zwana Świątynią Świtu. Po rzece pływają tramwaje wodne i wodne taksówki. Kilka dni później przyszliśmy w to miejsce ze statywem i cykaliśmy zdjęcia Wat Arun. 



Widok na rzekę ze schodów na których siedzą mnisi.


W miejscu gdzie odpoczywaliśmy znajdował się też przystanek dla tramwaju wodnego na który czekała grupka mnichów. 


W oczekiwaniu na tramwaj wodny z widoczną Wat Arun na drugim brzegu rzeki Menam.

W następnym wpisie sami wsiądziemy na łódkę i popłyniemy na drugi brzeg rzeki i zarzucimy kotwicę na przystanku przy świątyni Wat Arun :)
  
A póki co tramwaj wodny odpływa bez nas:






poniedziałek, 28 października 2013

Zupa Miso ze szpinakiem, tofu, grzybami Shiitake, makaronem ryżowym i ,,płynnym jajkiem"



     Do zrobienia tej zupy zainspirowała mnie zupa, na punkcie której oszaleliśmy podczas pobytu w Bangkoku. Przychodziliśmy codziennie zjeść wielką plastikową michę tej zupy na kolację. Nazwaliśmy ją ,,zupą ze wszystkim" ponieważ pływało tam tyle różnych rzeczy, że nie potrafiliśmy rozszyfrować co jest czym. Pływały w niej grzyby, makaron, kulki mięsne, kostki tofu, plasterki czegoś smakującego jak pieprzowe salami(?), jakaś zielenina, pokrojona dymka i pływające,,płynne jajko". Białko jajka było delikatnie ścięte, natomiast żółtko pozostawało płynne, dzięki czemu po dziabnięciu łyżką żółtko wypływało i ścinało się w gorącej zupie. Można było podziabać jajko łyżą i potem nakładać pałeczkami na łyżkę smakowite kąski: kawałek jajeczka, trochę makaronu, grzybek, zanurzać delikatnie w gorącej zupie, aby na łyżkę wpłynął aromatyczny bulion i pakować do buzi.


Do zrobienia dzisiejszej zupy wykorzystałam mieszankę bulionu miso i dodatkowo doprawiłam po swojemu dodając sos sojowy, sos rybny i sporo ostrych przypraw.

Oto wszystkie składniki:

  •  makaron ryżowy
  • grzyby Shiitake
  • świeże liście szpinaku odmiany baby
  • tofu
  • jajka (po jednym jajku na porcję)
  • dymka
  • odrobina świeżego imbiru pokrojonego w plasterki lub słupki
  • gotowa mieszanka do bulionu miso lub pasta miso (użyłam dwóch porcji na 1 litr wody)
  • sok z limonki do doprawienia
  • sos sojowy do doprawienia
  • papryczki chilli do doprawienia
  • kilka ząbków czosnku do doprawienia
  1. Namoczyć grzyby Shiitake (lub Mung) w gorącej wodzie, aby zmiękły (moje miękły około godziny więc warto zrobić to wcześniej), następnie pokroić na plastry.
  2. Szpinak umyć, tofu pokroić w kostkę, imbir obrać i pokroić w słupki lub plasterki.
  3. Makaron ryżowy zalać gorącą wodą i pozostawić około
    3-5minut do zmięknięcia (makaronu ryżowego nie gotujemy), odsączyć.
  4. Rozpuścić miso w wodzie (ja użyłam 2 saszetek miso, wlałam też wodę z moczenia grzybów Shiitake, żeby podkręcić grzybowy aromat i uzupełniłam resztą wody do poziomu 1 litra), dodać zmiażdżone i drobno posiekane (lub przepuszczone przez praskę) ząbki czosnku, ostre papryczki, kawałki imbiru i doprawić do smaku sokiem z limonki, sosem sojowym i sosem rybnym.
  5. Do miseczek włożyć makaron ryżowy, pokrojone grzyby Shiitake, kostki tofu, liście szpinaku.
  6. Przygotować ,,jajko płynne": W osobnym garnku zagotować około 1,5 litra wody. Woda ma bulgotać, następnie zmniejszyć
    płomień i delikatnie nad samą krawędzią garnka wbić delikatnie jajko (uwaga żeby nie poparzyła para z garnka). Jajko ma się delikatnie gotować około pół minuty do minuty czasu (woda nie może mocno bulgotać, żeby białko się za bardzo nie porozrywało, jeśli żółtko trochę wypłynie nic się nie stanie). Następnie ostrożnie wyjąć jajko z wody za pomocą łyżki cedzakowej i przełożyć do miseczki. Czynność powtórzyć jeżeli w kolejce czekają kolejne miseczki ;-)
  7. Tak przygotowane porcje w miseczkach zalać gorącym bulionem. Posypać pokrojoną dymką.





środa, 23 października 2013

One Night (?) In Bangkok /część 1

     BANGKOK. Stolica Tajlandii. Jego pełna nazwa brzmi: Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, co oznacza: Miasto aniołów, wielkie miasto [i] rezydencja świętego klejnotu Indry, niezdobyte miasto Boga, wielka stolica świata, ozdobiona dziewięcioma bezcennymi kamieniami szlachetnymi, pełne ogromnych pałaców królewskich, równającym niebiańskiemu domowi odrodzonego Boga; miasto, podarowane przez Indrę i zbudowane przez Wiszwakarmana. Mając taką nazwę Bangkok nie może być >>normalny<< (i nie jest...i chwała mu za to!)  
    Bangkok to miasto, które o każdej porze dnia i nocy jest zakorkowane, które oszałamia wszystkie ludzkie zmysły swoim kolorytem, nieokiełznanym zapachem, gwarnym dźwiękiem, oraz smakiem - za każdym razem, gdy kupimy coś dobrego do jedzenia na ulicy (a jedzenie uliczne w Bangkoku jest jednym z najlepszych na świecie). 
Korki, koreczki :-)

    Oglądaliście ,,Kac Vegas 2 w Bangkoku"? (The Hangover part II) Kojarzycie może zdanie, które padło w filmie: ,,Pochłonął ich Bangkok"? Uprzejmie donoszę, że zdanie jest prawdziwe - Bangkok może pochłonąć i co więcej - zjeść w całości. Na Bangkok nie ma mocnych. Wydaje się, że człowiek patrzy na mapę, a znajduje się w zupełnie innym miejscu, niż mu się wydawało. Stoi na przystanku, a nie ma pojęcia, jaki przyjedzie autobus, ani o której godzinie, ale jakimś magicznym trafem autobus okazuje się być tym właściwym.  Podchodzi do ciebie człowiek, którego uważasz za naciągacza, a on serwuje ci przydatną wiedzę informacji i zwyczajnie chce sobie pogadać z kimś z Europy i poćwiczyć angielski, innym razem człowiek, który wydaje ci się uczciwy wiezie cię w miejsce do którego wcale nie chcesz jechać i każe robić w nim zakupy, bo dzięki temu dostanie talony na paliwo.
     W tym wpisie chciałabym pokazać Bangkok tak trochę od innej strony i nie skupiać się na miejscach najczęściej kojarzonych z Bangkokiem czyli np. Pałac Królewski, Wat Arun, czy Wat Pho. Na to chciałabym poświęcić następny wpis. Co zatem można zobaczyć będąc w Bangkoku?

1. Mnichów. Buddyzm odmiany Therawada wyznawany jest przez 90% społeczeństwa. Oprócz tego Tajlandia przesiąknięta jest cudownym folklorem obejmującym wiarę w dobre i złe duchy, ochronne amulety i tatuaże, święte drzewa zamieszkiwane przez duchy, domki dla duchów, wróżby, astrologię oraz synkretyczne zapożyczenia z hinduizmu.
 W przeciwieństwie do koncepcji religii chrześcijańskiej w buddyzmie tradycja nakazuje, aby każdy chłopiec/mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został w nim przynajmniej na kilka miesięcy. Zadaniem mnichów jest zgłębianie nauk Buddy, medytacja oraz uczynki mające poprawić ich karmę (aby odrodzić się w doskonalszym wcieleniu). Niektórzy decydują się zostać w klasztorze na całe życie, inni wracają ,,do cywila". 

Mnich ma być skromny i utrzymywać się z jałmużny ofiarowanej mu przez ludzi - codziennie wcześnie rano mnisi wyruszają zaopatrzeni w specjalne >miseczki mnicha< (przypominające małe kociołki) i zbierają do nich ofiarowywane przez ludzi jedzenie (i podobno także środki czystości oraz pieniądze) Według tradycji mnisi mają utrzymywać się tylko z tego, co otrzymają w jałmużnej. Ostatnia informacja: mnich nie może zostać dotknięty przez żadną kobietę!
Newspaper time

Nap time :-)

Młodzi mnisi w oczekiwaniu na tramwaj wodny

Ponad podziałami :) Każdy może zostać mnichem
2. Masę ulicznego jedzenia, ale w tej kwestii odsyłam do innego obszernego wpisu na ten temat (KLIK)

3. Tuk-Tuki i Moto-Taxi.
    Tuk-tuki całkiem nieźle przepychają się w ruchu ulicznym. Za kurs w dane miejsce nie ma konkretnej kwoty i trzeba się targować oraz liczyć z tym, że zaserwowana turystom kwota wyjściowa będzie wyższa niż dla lokalnych. Znaleźliśmy fajny sposób na przeskoczenie tego dzięki przesympatycznemu Tajowi, który zaczepił nas, gdy spacerowaliśmy po dużym zielonym placu niedaleko Pałacu Królewskiego. Początkowo wzięliśmy go za naciągacza, ale on okazał się studentem chcącym dowiedzieć się czegoś na nasz temat. Po miłej rozmowie (Poland-Cold-Vodka-Snow-Winter-Honeymoon-Football itd. ;-) )  poprosiliśmy go, czy mógłby zawołać dla nas Tuk-Tuka i ustalić kwotę za zawiezienie w kilka wybranych miejsc. Student bardzo chętnie się zgodził, machnął na przejeżdżającego Tuk-Tuka, ustalił kwotę, a my staliśmy z tyłu podczas negocjacji, po czym zadowoleni usadowiliśmy się na siedzeniu pasażera. Kierowca nieco zbaraniał, ale kwota była ustalona i klamka zapadła. Potem korzystaliśmy jeszcze z tego sposobu kilkakrotnie i faktycznie płaciliśmy mniej niż kiedy próbowaliśmy ustalać ceny sami. 
Oprócz Tuk-Tuka jeszcze szybszym sposobem na przemieszczanie się po mieście jest Moto-Taxi czyli taksówkarz na motorze. Można rozpoznać ich po założonych pomarańczowych kamizelkach z napisem ,,moto-taxi". Zasada działania taka sama jak przy tuk-tuku.

Na marginesie dodam tylko, że jedni i drudzy prują szaleńczo, wyprzedzają, przepychają się, idą na czołówki...także jest zabawnie ;-) 
Mój mąż jako etatowy Petrol-Head bardzo ubolewał, że sam nie mógł służyć mi w BKK za moto-taksówkarza, ponieważ nie ma w tym mieście możliwości, aby wypożyczyć skuter i jeździć na własną rękę (z czego często korzystamy, gdy jest taka możliwość). Może to i dobre posunięcie, bo ruch uliczny jest faktycznie dziki i nieokiełznany, więc gdyby jeszcze dołożyć tam turystów na wypożyczonych skuterach byłby jeszcze większy cyrk.
Wielka Huśtawka (stosowana kiedyś do uroczystości religijnych) i Tuk-Tuk. Niedaleko jedliśmy najlepsze Pad-Thai w życiu, jadł je też tam Rick Stein w programie ,,Rick Stein na Dalekim Wschodzie" i także mu smakowało ;P
Tuk-Tuk
Ulice BKK z miejsca pasażera Tuk-Tuka















Moto-Taxi


4. Domki dla duchów. Są wszędzie: w restauracjach, hotelach, przed sklepami, przed domami, na stacjach benzynowych. Wyglądają jak urocze wielkie domki dla lalek. Przyozdobione są kwiatami, palącymi się kadzidłami, figurkami oraz malutką zastawą stołową. Niektóre mają także maleńkie drabinki, aby duch mógł po nich wejść. W domkach zostawia się jedzenie dla duchów -  przykładowo: otwarta butelka Coli czy Fanty z włożoną słomką, orzech kokosa (także ze słomką), kawałek jakiegoś owocu (np. ananas, mango, durian, banan), trochę ryżu. Czasem widzieliśmy też papierosy albo jakieś słodycze. Dzięki temu zyskuje się przychylność duchów. Ważne: duch nie zjada postaci ,,fizycznej" pozostawionego jedzenia. Można powiedzieć, że ,,wysysa energię życiową(?)" tego pożywienia. Po kilku dniach, gdy duch już wszystko ,,wyssie" należy dać mu nowe jedzonko, a ,,wyssane" podobno można skonsumować samemu, więc nic się nie marnuje.

5. Parki z mieszkającymi w nich gadami :P Pomyślałam, że o tym napiszę z racji tego, że to moje osobiste doświadczenie ;-) Pojechaliśmy do parku Lumphini podpatrzeć, co robią Tajowie w wolnym czasie (a robią pikniki na trawie, pływają na kaczkowatych rowerkach wodnych, ćwiczą Tai Chi i uprawiają sporty). Postanowiłam usiąść na trawie i zamoczyć stopy w wodzie. I o mało nie usiadłam na olbrzymiej jaszczurze, która wyszła z krzaków i postanowiła wygrzać się na słońcu, para Tajów siedzących nieopodal na kocu zaczęła pokazywać na mnie (a raczej za mnie) palcami i się śmiać. Morał z tej opowieści jest taki, że warto obejrzeć się za siebie, gdy jesteśmy w trakcie lokowania zadka :-) Jaszczur był ogromny i licząc od czubka głowy do czubka ogona mógł mieć około 1,5-2m. Okazało się też, że lubią wodę, bo po chwili przypłynął drugi. W sumie naliczyliśmy około 3 jaszczurów, kilka żółwi i bulgoczące w toni wodnej ryby (pewnie piranie hehehe - mógłby powstać jakiś film klasy Y: Jaszczurozaur kontra mordercza pirania pierwsze starcie. Nie wiem, czy we wszystkich parkach są takie atrakcje, ale mnie się one podobały :) , zawsze to jakieś obcowanie z naturą w dżungli miejskiej. (Potem takie same jaszczury zobaczyliśmy w ogrodach w letniej rezydencji królewskiej w Ayutthai)

Lumphini Park
Urocze rowerki wodne
Pan Jaszczur

Szkoda, że nie ma dobrej skali, ale uwierzcie, że był sporych rozmiarów




 

6. Targi z kwiatami, owocami i warzywami.            Podobno marzeniem wielu kwiaciarzy jest ujrzenie targów kwiatowych w BKK o świcie. Targi warzywne i owocowe, na których sprzedaje się także cudownie świeże wszelakie zielska, korzonki i grzybki, wywołują orgazm oczny u takiego człowieka jak ja. Nie wiem co to jest, nie wiem jak smakuje, ale CHCĘ WSZYSTKO! W BKK są też targi z magicznymi amuletami, gdzie eksperci oceniają moc i autentyczność amuletów, na których odprawia się też wszelkie wróżby, są też targi weekendowe m.in. słynny Chatuchak, który podobno może zostać zamknięty ze względu na budowanie w sąsiedztwie centrum handlowego :/




7. Rozwiniętą infrastrukturę wodną na rzece Menam (Taj. Chao Phraya - nie wiem dlaczego w polskim nazewnictwie funkcjonuje jako Menam, ktoś wie?)
Oprócz taksówek, tuk-tuków, moto-taxi, metra i sky-trainu jako środek komunikacji publicznej działają także tramwaje wodne oraz taksówki wodne. Fajne-bo nie stoją w korkach a BKK ogląda się z nieco innej perspektywy siedząc na łódce. Czekam na moment, kiedy we Wrocławiu powstanie tramwaj wodny - też by się przydał ;-) Jestem zdania, że w BKK lepiej wykorzystuje się rzekę.
Wodna stacja benzynowa


 8. Dom Jima Thompsona. Jim Thompson był żołnierzem stacjonującym w Bangkoku podczas wojny, który tak zakochał się w mieście, że po zakończeniu wojny postanowił w nim zamieszkać. Najbardziej znany jest z tego, że przyczynił się do rozwoju tajskiego przemysłu jedwabniczego. Założył własną markę, pod którą zaczął produkować i sprzedawać jedwab, po dziś dzień w wielu miejscach Azji jedwab sprzedawany jest w sklepach Jim Thompson Silk Company. 
Z zawodu Jim Thompson był architektem, który postanowił stworzyć swój dom mieszkalny na wzór tradycyjnych domów azjatyckich. Stworzył prawdziwą perełkę architektury sprowadzając zabytkowe części domu (głównie z Ayutthai), rzeźby i dziełka sztuki, a także zachowując wszelkie tradycyjne elementy np. wysokie progi, żeby do domu nie mogły wejść złe duchy. Wchodząc do domu przenosimy się do Bangkoku lat 40, czujemy atmosferę dawnych lat. W tym domu chętnie spędziłabym kilka nocy, robi naprawdę wielkie wrażenie i przenosi człowieka w czasie (a nocniczek w kształcie KOTA jest uroczy :P ) Tak samo magiczny jest ogród, który kojarzy się z mini dżunglą w centrum miasta. Jakoś można wewnętrznie odczuć, że Jim czuł się naprawdę spełniony i szczęśliwy mieszkając w tym domu. Niestety szczęście nie potrwało długo, bo Jim Thompson...zaginął. Zniknął w dżungli w Malezji (prawdopodobnie w okolicach Cameron Highlands). Jego ciała nigdy nie odnaleziono. Stąd jego postać owiana jest tajemnicą i tworzy wiele spekulacji - np. czytałam, że do jego zniknięcia przyczyniło się CIA. Co naprawdę się z nim stało - tego nie wiadomo do tej pory. 
(PS. zdjęcia domu są tylko z zewnątrz, ponieważ w środku nie można robić zdjęć, musicie sami się kiedyś wybrać i zobaczyć, ale moim zdaniem warto :-) )





Kiss kiss



9. Monumentalne budowle. BKK to nie tylko stare zabytki i małe domki to także dzielnice finansowe okraszone ogromnymi wieżowcami o przeróżnych wielkościach i kształtach oraz olbrzymie mieszkalne ,,wioski". W takim tłoku wszyscy muszą się jakoś pomieścić.

 10. Świątynie, świątynie, świątynie. Małe, duże, mniej i bardziej znane. Wszystkie z pachnącymi kadzidłami, figurami Buddy, figurkami i obrazami oblepionymi płatkami złota, stroikami z kwiatów, niektóre z dzwonkami, lub ze stupami, z kręcącymi się dookoła mnichami, modlącymi się ludźmi Wszystkie tak samo ezoteryczne i piękne. Bardzo podoba mi się podejście do zwierząt znajdujących się w świątyniach. Niezależnie od tego jaka to świątynia, nikomu nie przeszkadzają kręcące się w niej koty czy psy. Sorry, ale jakoś nie nie mogę sobie wyobrazić zbyt pozytywnej reakcji, gdyby do kościoła katolickiego wszedł np. KOT...

Kotek :-)



Wat Saket, świątynia na Złotej Górze

Wat Saket, świątynia na Złotej Górze


11. China Town. BKK także posiada swoją China Town ze sklepami sprzedającymi specyficzne produkty medycyny chińskiej i produkty wykorzystywane w chińskich potrawach (to właśnie tam próbowałam odszukać mooncake, które udało mi się spróbować rok później w Singapurze). W China Town znajduje się też posąg Buddy zrobiony ze złota. Niedaleko China Town znajduje się też Maha Uma Devi - świątynia hinduska o zupełnie innej specyficznej architekturze (tak jakby góra małych figurek :) )
Maha Uma Devi

Na koniec dedykuję Wam piosenkę ,,One Night In Bangkok" z filmu Kac Vegas w Bangkoku wykonaną przez Mike'a Tysona :-)