niedziela, 13 października 2013

Singapur oczami polskiego turysty

     W Singapurze na moment znaleźliśmy się pierwszy raz w 2010 r. Na moment, bo nie opuściliśmy nawet lotniska, ale samo lotnisko i obraz widziany przez szybę z wagoników sky trainu, który wiózł nas między terminalami wystarczyły, aby zapragnąć kiedyś tam wrócić i zatrzymać się na dłużej...co po kilku latach nam się udało :)

    Singapur. Zabawny twór: zarówno miasto, zarówno państwo i zarazem wyspa. Znany też z tego, że...zakazana jest tam sprzedaż gumy do żucia.
Można powiedzieć, że Singapur ma wszystko ,,naj". W tabelach rankingowych, tam gdzie trzeba być na samym szczycie, jest albo na pierwszym miejscu (najniższa śmiertelność noworodków), albo przynajmniej w pierwszej piątce (najwyższe PKB, najniższy wskaźnik przestępczości - ale też najsurowsze prawo z karą śmierci za takie przestępstwa jak morderstwo i posiadanie narkotyków), a tam gdzie trzeba być na samym końcu...-jest na samym końcu (np. według rankingów Transparency International jest najmniej skorumpowanym państwem świata, według innego rankingu obrazującego skalę bezrobocia wykazuje najniższy wskaźnik bezrobocia na świecie na poziomie 2%)
   Mogłabym tak wymieniać i wymieniać, bo zapoznając się z historią Singapuru zetknęłam się z mnóstwem takich tabelek. 
   Sama historia powstania Singapuru i jego drogi do tego, jak wygląda dziś, jest ciekawa. Wystarczy tu tylko nadmienić, że Singapur miał szczęście do charyzmatycznych przywódców - pierwszym z nich był Sir Stamford Raffles , który w epoce istnienia Imperium Brytyjskiego założył miasto i uczynił z niego ważny strategicznie port przeładunkowy oraz stworzył warunki dogodne dla handlu powodując tym samym napływ ludności chińskiej. Drugi zwany przez Singapurczyków Ojcem Narodu Lee Kuan Yew był premierem Singapuru od 1959 do 1990 r. i poprowadził miasto na drogę do jego potęgi.

Tyle tytułem wstępu. Teraz czas na relację z naszego punktu widzenia.

    Po kilkunastogodzinnej podróży (Warszawa-Kopenhaga lot 1h + 3h oczekiwania na przesiadkę w Kopenhadze-Singapur lot 12h) przylatujemy o 6 rano czasu singapurskiego. Lotnisko Changi robi takie samo pozytywne wrażenie jak w 2010 r. Wszystko perfekcyjnie oznakowane, doświetlone, masa egzotycznej zieleni, gdzieniegdzie szumią fontanny, wszystko poprzetykane ciekawymi smaczkami architektonicznymi. Oczopląs na dzień dobry.
Kierujemy się według znaków do stacji metra. Po drodze bierzemy jeszcze rozlokowane w punktach informacyjnych lotniska darmowe mapki, rozkłady linii metra i książeczki opisujące atrakcje Singapuru. Aby znaleźć się na stacji MRT wystarczy tylko zjechać schodami ruchomymi w dół i...JUŻ, a metro rozwiezie nas z lotniska po całym Singapurze. Zjeżdżamy na stację metra, nie musimy czekać, bo właśnie przyjechało (ogólnie MRT w Singapurze ma to do siebie, że >ooo właśnie przyjechało< i rzadko kiedy trzeba na nie czekać, a jeśli już to maksymalnie były to 4 minuty - oczywiście z odliczaniem co do sekundy na wyświetlaczach, warto dodać, że na stacjach wisiały informacje, że za kilka lat wagony metra będą podjeżdżały....co 100 SEKUND !!!)
     Ogólnie o jakości, sieci i połączeniach komunikacji publicznej mogłabym opowiadać godzinami, bo jest to coś pięknego, zwłaszcza jeśli porówna się to z komunikacją publiczną mojego rodzinnego Wrocławia... ;-)
Rozkład linii metra, pod nr 3 znajduje się lotnisko, jak widać można z niego dojechać metrem w każdą część Singapuru
















W miarę szybko orientujemy się, na jakiej stacji powinniśmy wysiąść, aby dostać się do naszego hotelu. Kupujemy bilet w automacie i wsiadamy do wagonu. Kolejne zabawne porównanie: na każdej stacji komputerowy głos ostrzega: ,,please mind the platform gap" (ostrzega po angielsku, bo angielski jest jednym z czterech języków urzędowych, obok chińskiego, malajskiego i tamilskiego).
Naklejki porozmieszczane na stacjach metra
Ostrzeżenie dotyczy luki między progiem wagonu a platformą...owa luka ma jakieś 2 cm...ale w końcu jesteśmy w Singapurze, który ostrzega przed wieloma rzeczami (i jednocześnie straszy mandatami) - proszę nie karmić małp, proszę nie jeść i nie pić w metrze, proszę uważać na głowę, proszę zachować ostrożność w lesie, gdy jest brzydka pogoda, a najlepiej to proszę sprawdzić pogodę zanim wybiorą się Państwo na wycieczkę do lasu.


Zakazy...mandaty... :)


Dotarliśmy do hotelu, hotel jak na Azję drogi, ale jak na singapurskie ceny względnie tani. (Można wybrać tańszą opcję w 10-15 osobowych pokojach w hostelach, ale uznaliśmy, że możemy sobie pozwolić na dwuosobowy pokój w hotelu Fragrance Hotel-Ruby- podaję link, gdyby ktoś może był zainteresowany). Co może dziwić, taka futurystyczna metropolia jak Singapur posiada swoją dzielnicę czerwonych latarni i tam właśnie znajdował się nasz hotel, jednak było tam absolutnie bezpiecznie, nikt nie patrzył na mnie i moje kuse spodenki lubieżnym wzrokiem, ani żadna dama nie zaczepiała mojego męża. Dzielnica czerwonych latarni jest taka jak cały Singapur - pełna kulturka ;-) , panie po prostu sobie grzecznie stały pod ścianą - żadnych krzyków czy nagabywania. Nie zdziwiłabym się, gdyby należały do czegoś w rodzaju związków zawodowych i posiadały kartę informującą o przebytych badaniach wykluczających roznoszenie chorób przenoszonych drogą płciową.
     Krótka godzinna drzemka w hotelu, szybki prysznic, nasmarowanie kremami z wysokim filtrem ( jesteśmy 137 km od równika) i szybka decyzja: gdzie jedziemy? Na Marina Bay! Znowu wsiadamy do metra i wysiadamy na stacji o takiej samej nazwie. 
     Ogarniamy wzrokiem zastany widok i z ust wychodzi nam szczera staropolska reakcja: ,,Mają rozmach skurw...syny". Szkło i stal upakowane w drapaczach chmur o przeróżnych rozmiarach i kształtach, zadbana roślinność, ani jednego papierka na chodnikach, wysokiej klasy samochody na ulicach (z racji ograniczonej przestrzeni na wyspie samochody są bardzo drogie, a z resztą tak właściwie po co komu samochód, skoro transport publiczny działa tak perfekcyjnie?) , mieliśmy okazję zobaczyć poruszający się w ruchu miejskim taki unikalny batmobil jak Lamborghini Aventador. 








Wzrok przykuwa konstrukcja hotelu Marina Bay Sands - trzy filary, na których spoczywa budowla w kształcie olbrzymiej łódki, na której to znajduje się basen. Jest gorąco jak diabli. Jestem osobą wybitnie ciepłolubną i stwierdzam, że w końcu znalazłam miejsce na świecie w którym było mi naprawdę gorrrrąco, ba chowałam się w cień! Żadne Doliny Królów, żadne Sahary, Bangkoki i inne Phukety nie sprawiły, że uciekałam do cienia, że słońce paliło mnie tak bardzo i że miałam ochotę wyrwać spacerującym przechodniom parasolki pod którymi kryli się przed słońcem i sama się pod taką schować. 




Od lewej: Singapore Flyer, w kształcie kwiatu lotosu Singapore Museum of Art and Design, Marina Bay Sands

Marina Bay Sands nocą



   Spacerujemy promenadą w kierunku Merliona - znanego turystom symbolu Singapuru - mitycznego stwora z głową Lwa i ogonem ryby, który strzeże wyspy i jej mieszkańców.

Marina Bay Sands i Merlion

Merlion
     Czas na spostrzeżenia odnośnie samych Singapurczyków. Nam cały czas nasuwało się stwierdzenie, że Singapurczycy są ,,bardzo grzeczni". W metrze najczęściej jest bardzo cicho, bo wszyscy zapatrzeni są w swoje smartfony. Wszystkie grupy wiekowe grają w nieskomplikowane gierki, sadzą wirtualne kwiatki, chatują na facebooku, oglądają filmiki na you tube, albo opery mydlane (ah ten zwyczaj zaglądania przez ramię :D ). Na schodach ruchomych ustawiają się w rządku po lewej stronie (w Singapurze obowiązuje ruch lewostronny), prawa zostaje wolna, jeśli ktoś bardziej się spieszy i wbiega po schodach. W oczekiwaniu na metro ustawiają się w kolejce, nikt się nie pcha (hmm wspominam licealne wyjazdy pociągiem do Łeby, kiedy proces wchodzenia do wagonu był walką na śmierć i życie :D ). System prawny Singapuru jest bardzo surowy i z tego co widać egzekwowalny, w Polsce niby też nie wolno śmiecić i spray'ować po ścianach, ale jednak jakoś nie działa to tak dobrze jak w Singapurze. 
    To co można zarzucić Singapurczykom to brak umiejętności poruszania się w tłumie. Chodzą jak mrówki w każdym możliwym kierunku, jako że często zapatrzeni są w swoje telefony trzeba ich omijać, bo po prostu idą i nie patrzą, cóż...widocznie nie ma na to odpowiedniego paragrafu... ;-)
Sami Singapurczycy to koktajl etniczny Chińczyków, Malajów, Hindusów i ,,białych" (pozwalam sobie na takie ogólnikowe określenie, bo przybyli oni z niemalże wszystkich rejonów globu, także z Polski :) ), a co za tym idzie mieszanka kilku religii: buddyzmu, islamu, chrześcijaństwa, hinduizmu oraz judaizmu, włączając dodatkowo grupę bezwyznaniowców. 
Wszyscy żyją ze sobą w zgodzie i komitywie, co jest też zasługą rządu. Dzięki tylu grupom etnicznym kuchnia Singapuru jest bardzo zróżnicowana i można w niej znaleźć potrawy należące do wszystkich tych mniejszości.
    Zajrzeliśmy też do dzielnic China Town i Little India, gdzie przenieśliśmy się do Singapuru z zupełnie inną zabudową i sklepami sprzedającymi produkty specyficznymi dla tych grup ludności (produkty medycyny chińskiej i hinduskie specyfiki do pielęgnacji włosów, oh yeah! :) ) 


Świątynia hinduska w China Town

Lampiony w China Town i odmienna, charakterystyczna zabudowa

China Town

China Town

China Town

Tłok w China Town

China Town

China Town

China Town

    Podsumowując, na jakimś portalu podróżniczym przeczytałam, że ,,w Singapurze, jako turysta umarłbym z nudów po tygodniu, ale zdecydowanie mógłbym tam mieszkać", cóż mnie podobało się także pod względem turystycznym, ale zdecydowanie zgadzam się z tym drugim stwierdzeniem, bo obydwoje stwierdziliśmy, że moglibyśmy tam zamieszkać. Mimo że jedni zachwycają się Singapurem, to inni uważają go za sztuczny, napompowany twór trzymany w ryzach surowej władzy - ja staję po stronie tych, którzy Singapurem zachwycili się od pierwszego wejrzenia, a więc
Majulah Singapura!*


* Po malajsku: Naprzód Singapurze - dewiza i hymn Singapuru.





10 komentarzy:

  1. Muszę tam kiedyś pojechać! Pięknie!

    OdpowiedzUsuń
  2. Po prostu się zakochałam! Nic tylko tak wyjeżdżać <3

    OdpowiedzUsuń
  3. Przepięknie..Chciałabym się kiedyś tam wybrać:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ale tam pieknie i ta pogoda :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Bardzo serdecznie dziękuję Wszystkim za komentarze, zachęcają do kolejnych wpisów :-) Mam jeszcze sporo do pozachwycania się nad Singapurem i zastanawiam się nad kolejnym wpisem w tym temacie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. proszę o informacje na temat papierosow. jak to wygląda na lotnisku w Singapurze czy naprawdę nie można miec

      Usuń
    2. Witam. Niestety ciężko mi odpowiedzieć na to pytanie, bo nigdy nie byłam osobą palącą i nie interesowały mnie te kwestie i nie wiem jak ta sprawa wygląda w Singapurze. Pozdrawiam :)

      Usuń
  6. Bardzo fajna notka :) dużo ciekawsza niż te pseudospecjalistyczne wywowdy Azjatyckiego Cukru :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo dziękuję i cieszę się, że się podobało :) Chociaż będę polemizować odnośnie Azjatyckiego Cukru, ponieważ Cukier mieszka w Singapurze na stałe od pięciu lat i z pewnością ma do powiedzenia na jego temat więcej niż ja, bo poznał go od podszewki. Jednak napewno inaczej patrzy się na pewne kwestie z perspektywy mieszkańca i turysty. Pozdrawiam! :)

      Usuń
  7. To dopiero widoki!
    Zapraszam do siebie:
    http://bognaczekiel.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń