niedziela, 24 listopada 2013

Kambodża. Na granicy światów.

    Już w podstawówce zaczytywałam się w greckiej mitologii opowiadającej o mściwych bogach, pysznych półbogach i pokracznych stworach. Potem było coraz ,,gorzej" i połykałam wszelkie dziecięce publikacje o mumiach, Egipcjanach, Aztekach, Majach i innych pradawnych cywilizacjach, a moim największym idolem dzieciństwa był nie kto inny jak Indiana Jones. Potem doszła jeszcze Lara Croft, a ja przez dobrych kilka lat marzyłam o tym, że zostanę archeologiem i poszukiwaczem przygód znającym sztuki walki. Oczywiście z dziecięcych marzeń wyszło tyle, że jestem magistrem administracji, a ze sztukami walki łączy mnie rozkładanie krewetek na łopatki, w momencie kiedy obieram je z pancerzy. Nie znaczy to jednak, że dziecięce marzenia we mnie nie siedzą. Siedzą i to bardzo. Od czasów liceum albo i może gimnazjum jednymi z moich największych ukrytych pragnień była możliwość zobaczenia na własne oczy wszystkich tych miejsc, o których z taką fascynacją czytałam. Z czasem doszły kolejne i kolejne miejscówki i nagle okazało się, że w zasadzie w obszarze moich zainteresowań leży niemalże cała Azja Południowo-Wschodnia oraz usadowiona głęboko w głowie każdego oglądacza anime i azjatyckich horrorów Japonia. 
Teraz będzie zagadka: jaki kraj w pewnym sensie połączył w sobie Indianę Jonesa z Larą Croft? 
-Odpowiedź brzmi: Kambodża*.

*To taki troszkę żart, bo jeden z najważniejszych zabytków Kambodży czyli Angkor Wat chciałam zobaczyć nie tylko ze względu na to, że kręcono tam Indianę Jonesa i filmową wersję Tomb Ridera, chociaż gdzieś tam głęboko w zakamarkach mojej głowy wyobrażałam sobie, że jestem tylko ja, dżungla i ten wielki obiekt i zaraz ożyją w nim wszystkie posągi, z którymi będę musiała stoczyć walkę wręcz ;-) 


   Do Kambodży wchodziliśmy z Tajlandii przez popularne przejście graniczne w Poipet. Kilka kroczków na stronę kambodżańską i znajdujemy się w nieco innym świecie, gdzie nawet ruch odbywa się w inną stronę (w Tajlandii jest lewostronny, w Kambodży prawostronny). 
Przed wyjazdem naczytałam się, jakie to potencjalne pułapki czyhają na przejściu granicznym w Poipet, jak utworzone są fałyszwe (sic!) budki celne, gdzie płaci się za wizę, a potem trafia się do właściwej budki celnej, gdzie za wizę (już tą prawdziwą) trzeba zapłacić jeszcze raz. Żeby uniknąć niepotrzebnych stresów zdecydowaliśmy się na bardzo wygodne rozwiązanie w postaci e-visy, którą w całości załatwia się przez internet robiąc przelew, wysyłając skan zdjęcia paszportowego i paszportu, a następnie otrzymuje się maila z wizą, którą trzeba wydrukować. 


   Na miejscu faktycznie okazało się, że chyba rzeczywiście funkcjonuje fałszywa budka celna, panowie są nawet poprzebierani w mundury. Cały ,,bajer" polega na tym, że kiedy wchodzi się od strony Tajlandii, gdzie ruch jest lewostronny, należy przejść na stronę prawą i przejść się kawałeczek, a znajdzie się prawdziwą budkę celną, gdzie podbiją nam wizę, zrobią zdjęcie i ściągną odciski palców z całej ręki. Po stronie lewej natomiast znajdowała się ,,fałszywa" budka.

   To co pierwsze rzuca się w oczy zaraz po znalezieniu się po stronie kambodżańskiej to po pierwsze ogromne rozwarstwienie społeczne, a po drugie sygnowanie wszystkiego nazwą Angkor (mamy więc piwo Angkor, hotele, sklepy i restauracje Angkor). Wieże Angkor Wat prężą się dumnie na przejściu granicznym tworząc bramę niczym przejście do innego świata. 





Zaraz potem rzuca się bieda i taki jakiś ogromny wewnętrzny ból emanujący z tego kraju. Nic dziwnego, skoro Kambodża przez tyle setek lat nie mogła wydobyć się spod jarzma okupującego ją Królestwa Syjamu, potem Wietnamu, następnie stała się kolonią francuską, by potem doświadczyć największych cierpień za czasów panowania czerwonych Khmerów i Pol Pota.
Echa tych cierpień widać, gdy rozejrzymy się dookoła. Tereny przygraniczne określiłabym popularnymi epitetami brzmiącymi: syf, kiła i mogiła. Ludzie ledwo dysząc ciągną ogromne drewniane wózki naładowane chrustem, starymi oponami, wielkimi jutowymi workami napakowanymi bliżej nieokreśloną zawartością. Kwitnie hazard, przemyt i łapówkarstwo. Do dzisiaj wspominamy Babcię Przemytniczkę (tak ją nazwaliśmy ;-), którą towarzyszyła nam w drodze powrotnej z Kambodży do Tajlandii. Obładowana była wielkimi tobołami, kiedy została poproszona o pokazanie ich zawartości zaczęła szczebiotać jak kokieteryjna nastolatka i sprawnym ruchem niby to przelotnie dotykając ręki celnika wręczyła mu zwitek banknotów. W jej konstrukcji splecionej z kilkunastu toreb połączonych sznurkiem widziałam zarys wytłaczanek wypełnionych jajkami i chyba pudełko po czajniku elektrycznym. Uknuliśmy głupawą teorię, że jajka to tak na prawdę wydmuszki napełnione kokainą, bo kto mógłby podejrzewać pomarszczoną staruszkę o przemyt narkotyków. Jaki był prawdziwy powód wręczenia łapówki nie dowiemy się nigdy.

   Jedziemy w stronę Siem Reap -  mijamy rozpadające się domki sklecone prowizorycznie z blachy falistej sąsiadujące z ogromnymi willami, zapyziały ruiny, domy na palach i olbrzymie posesje z wypielęgnowanymi trawnikami i fontannami. Ludzie jeżdżą całymi rodzinami na pyrkających motorkach lub w zdezelowanych samochodach, a tu nagle z głośnym rykiem silnika mija ich...Lamborghini Aventador. I przekonajcie mnie, że nie jechał nim król narkobiznesu. Tak jak wspomniałam, rozwarstwienie społeczne jest ogromne, ludzie żyją jakby na granicy dwóch światów, jedni w skrajnej biedzie inni w wielkim bogactwie. 
Siem Reap (miejscowość ,,wypadowa" do kompleksu świątynnego Angkor Wat) aspiruje do statusu turystycznej mekki z luksusowymi hotelami i drogimi restauracjami. Znajdują się tam odmalowane postkolonialne budowle z kolumienkami. Klasycyzm francuski w azjatyckim wydaniu (albo jak kto woli w wydaniu kolonialnym). Turyści traktowani są tam jak chodzące portfele, najbardziej denerwowała mnie ,,tuk-tukowa mafia" cwaniaczków łapiących za rękę i usiłujących zaprowadzić do swojego tuk tuka na przejażdżkę po kosmicznej cenie.
Musieliśmy oddalić się dużo dalej od centrum, żeby zjeść w bardziej przystępnej cenie i znaleźć bardziej lokalną kuchnię (która w porównaniu do kuchni tajskiej nam nie posmakowała, bo była zbyt mdła).
Toast na bogato. 1250 Kambodżańskich Rieli = 1zł :-)



   Wracając jednak do obrazka tego ładnego, wypielęgnowanego, opanowanego przez drogie sklepy i restauracje  Siem Reap w najmniej oczekiwanym momencie można zderzyć się z tym drugim światem. Teraz gdy o tym piszę, mam znowu  te widoki przed oczami. To ludzie ogromnie pokrzywdzeni przez los. Półnaga kobieta w ciąży trzymająca nagie dziecko na ręku, z drugim dzieckiem uwieszonym do szarego poszarpanego prześcieradła, którym prowizorycznie się oplątała i szarpiąca mnie za ramię, korpus człowieka pozbawiony rąk i nóg poruszający się siedząc na deskorolce i odpychający się od ziemi za pomocą jednego z dłuższych kikutów będącego  kiedyś ręką, kobieta bez nosa, poparzony mężczyzna wyglądający jakby cała twarz roztopiła mu się w jedną bezkształtną masę. Ludzie pozbawieni rąk czy nóg. To obrazy zapadające w pamięć na długie lata, uczące szacunku do życia, do tego kim jesteśmy, co mamy i gdzie żyjemy. 
   Ten ładny i sztuczny światek stworzony pod i dla turystów nie jest więc w stanie zasłonić smutnego lecz prawdziwego świata biedy i cierpienia. Kambodża do tej pory pozostaje jednym z najbardziej zaminowanych, najbiedniejszych i najmniej rozwiniętych krajów świata. Znalazłam informację, że obecnie ponad 40 000 Kambodżan to osoby z amputowanymi kończynami. Jest to kraj przede wszystkim rolniczy, a ludność zmuszona jest uprawiać potencjalnie zaminowane pola ryżowe, aby jakoś wyżywić swoja rodzinę.
   Nic więc dziwnego, że Kambodżanie tak hołubią ślad pozostały po dawnej świetności imperium khmerskiego czyli kompleks świątynny Angkor Wat. Dzięki niemu do kraju ściągają miliony turystów, badaczy i inwestorów dając temu smutnemu lecz pięknemu krajowi szansę na podniesienie się.  Mam tylko nadzieję, że mądrze z tego skorzystają i nie zatracą się zupełnie w brudnym kapitalizmie wysysając wszystkie pieniądze z turystyki bez starań o poprawę bytu tych najbardziej pokrzywdzonych przez los i historię.
Pola ryżowe w Kambodży.

Spokojna kambodżańska prowincja, chociaż potencjalnie czai się tu niebezpieczeństwo w postaci min przeciwpiechotnych

Pola ryżowe w Kambodży.

Pola ryżowe w Kambodży.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz