poniedziałek, 27 stycznia 2014

Dong Xuan Center - ukryty kawałek Azji w Berlinie

W miniony weekend pojechaliśmy do Berlina odwiedzić Znajomych, którzy w tym mieście mieszkają. Kiedy do Nich dotarliśmy, zrobili nam strasznie miłą niespodziankę i zaserwowali wyborne powitalne drinki do wypicia wprost ze świeżego kokosa. Tym uroczym akcentem rozpoczął się nasz mini azjatycki weekend w Berlinie. 


Nigdy bym nie pomyślała, że będąc w Berlinie będę miała okazję opić się wodą kokosową, jeść moje ulubione azjatyckie chrupki w postaci suszonych wodorostów i inne orientalne przysmaki oraz - co najważniejsze- że trafię do ukrytej azjatyckiej enklawy znajdującej się w Berlinie.



Dong Xuan Center - bo o tym miejscu tu mowa - okazało się ukrytym w Berlinie sporym kawałkiem Azji do którego nasi Gospodarze nas zaprowadzili (za co jesteśmy im bardzo wdzięczni ^_^) 
Na miejsce dojechaliśmy tramwajem (linia M8, gdyby ktoś się wybierał ;-) ), kiedy wysiedliśmy na naszym przystanku i kierowaliśmy się w stronę Centrum co jakiś czas mijaliśmy grupki Azjatów niosących wypchane torby z zakupami. Również stojące na światłach samochody, gdy przechodziliśmy przez przejście dla pieszych, zapełnione były azjatyckimi rodzinami. Wszyscy z pewnością wracali z zakupów w Dong Xuan Center.

Kiedy doszliśmy na miejsce naszym oczom ukazały się olbrzymie prostokątne blaszane ponumerowane hale, zapełnione samochodami parkingi i całe mnóstwo Azjatów (nagle staliśmy się mniejszością narodową ;-) ). Zaczęliśmy od hali numer trzy, bo wejście, którym wkroczyliśmy do tego ukrytego świata znajdowało się najbliżej niej. 

Po wejściu do środka od razu nasze nozdrza zaatakował zapach, który poczuć można na ulicach Bangkoku i innych azjatyckich miast - mieszanina przypraw, gotującej się zupy, smażonego mięsa, durianów (tak durianów!), kadzideł i pachnącego gotowanego ryżu.
Oprócz zapachu panował typowy azjatycki zgiełk, ludzie robili zakupy, dyskutowali, grali w karty - cieszyli się, że na tej obcej ziemi znajdują się w enklawie, w której mogą przebywać razem. 

W hali numer trzy znajdował się olbrzymi sektor spożywczy, w którym (nie boję się użyć tych słów ;-) ) przeżyłam orgazm oczny! 

Można tam było znaleźć niezliczone ilości azjatyckich owoców: śmierdzące duriany, malutkie bananki, guawy, owoce którymi zajadałam się w Azji, a których nazw nie znam do tej pory, a także (!) mangostany (owoce mangostanu bardzo szybko się psują, tak samo jak malutkie bananki bardzo szybko dojrzewają, a jednak dotarły do Europy) oraz świeże kokosy, które można po powrocie do domu otworzyć (nasi bohaterscy Przyjaciele połamali na tej czynności nóż :P) i wypić słodką kokosową zawartość. Widziałam ogromne skrzynki ze świeżymi kiełkami mung, wielkie worki świeżej trawy cytrynowej, tajską bazylią czy liśćmi limonki kaffir oraz piekelnie ostre malutkie azjatyckie papryczki czy świeże tamaryndowce (!). Do tego wszystkiego wszelkie azjatyckie słodycze, przekąski (między innymi moje ukochane chrupiące wodorosty!) i moc przypraw pozamykanych w słoikach i buteleczkach. Po prostu wszelakie azjatyckie składniki w jednym miejscu.

Trawa cytrynowa? No raczej

O a co to?! Moje ulubione ostre wodorosty ^_^

Radość wywołana znajdującymi się w tle piekielnie ostrymi papryczkami :D

W zakupowym szale :P

Jako ,,biali" ludzie znajdowaliśmy się w mniejszości, po hali krążyło mnóstwo Azjatów :)

Jednak wszelaka żywność to nie jedyny asortyment, który można znaleźć w halach Dong Xuan Center. Przede wszystkim kwitnie tam całe azjatyckie życie. Można tam pójść do fryzjera (gdzie fryzjerami jak i ich klientami są Azjaci), zrobić sobie manicure czy zjeść pyszne azjatyckie jedzenie w jednej z licznych znajdujących się na terenie Centrum restauracji. 

Legendarny śmierdziel durian ;-)

Kto ma ochotę kupić pyszne zamrożone jedwabniki do przyrządzenia w domu? :D

Oprócz tego w Centrum znaleźć można wszelkie inne aspekty azjatyckiego życia podzielone na tematyczne boksy w których znajdziemy tylko jeden konkretny asortyment. I tak mamy sklepy oferujące:
  • wszelkie azjatyckie czasopisma
  • muzykę (K-Pop rządzi ;-) ) 
  • filmy (łącznie z Bollywoodem)
  • sklepy z elektroniką
  • odzieżowe
  • obuwnicze
  • z bielizną
  • z wszelkimi przyborami do manicuru
  • sprzedające tylko i wyłącznie wszelki podomki (kombinezon w kształcie żaby czy żyrafy? żaden problem!)
  • sprzedające tylko i wyłącznie (!) skarpetki (tyle skarpet w jednym miejscu - głowa pęka ;-) )
Wszystko okraszone małą dawką azjatyckiego luzu - czasem leżące na podłogach, czy na prowizorycznie skleconych półeczkach i innych konstrukcjach.


Asortyment w porażających ilościach - jeśli na Allegro sprzedają czapki z ćwiekami w góra dwóch kolorach wiedz, że w Dong Xuang znajdziesz je w całej gamie kolorystycznej ;-) (i tak z całą resztą towaru)



Poniżej zdjęcia ze sklepu z artykułami do paznokci (wszystkiego było tam naprawdę DUŻO):

Naklejki na paznokcie

Różne pyłki, brokaty, proszki i różnokształtne ozdoby do zdobienia paznokci

Królestwo lakierów



Jeśli chodzi o narodowości, które opanowały Dong Xuan Center to podobno największą grupą są Wietnamczycy, a zaraz po nich Lankijczycy i Tajowie. 
Wszyscy przywieźli ze sobą do Berlina także swoją religię więc w Dong Xuan dodatkowego azjatyckiego charakteru dodają domki dla duchów i ołtarzyki w których palą się kadziła oraz jako dary złożone są w nich świeże owoce. W Centrum można też kupić charakterystyczne chińskie fajerwerki, które odpala się w świątyniach oraz pieniądze przeznaczone do palenia.

Ołtarzyk w sklepie z artykułami do zdobienia paznokci
Pieniążki do palenia w dowolnej walucie ;-)


Bez dwóch zdań w Dong Xuan Center można spędzić cały dzień (co w zasadzie sami uczyniliśmy).  Zostaliśmy tam także na obiad i kierując się zasadą, którą stosujemy się będąc w Azji (jedz tam gdzie jest największy tłok i najwięcej lokalnych ludzi) wybraliśmy jedną ze znajdujących się na terenie Centrum knajpek. 
W środku panował typowy azjatycki harmider, głośne rozmowy, a przy stolikach wieloosobowe  rodziny spożywające posiłki. Kilka stolików dalej odbywała się też jakaś rodzinna uroczystość, dochodziło z niego mnóstwo śmiechów, głośnych rozmów, a dalekowschodnie trunki lały się dość często (zapomniałam wspomnieć, że jeśli mamy ochotę na jakieś azjatyckie wyroby alkoholowe nie ma z tym problemu żeby dostać soju czy nasze ulubione tajskie piwa Singha :) ).
Przy zamawianiu posiłku przyda się znajomość języka niemieckiego, bo jako blade twarze menu otrzymaliśmy w tym języku, jednak zawsze można wybrać coś na chybił-trafił. Ja wybrałam jakąś odmianę wietnamskiej zupy Pho - dokładnie nie wiem, bo wybrałam taktykę na chybił trafił ;-) gdyż nigdy nie uczyłam się niemieckiego, za to potrafię czytać rosyjskie literki :P bo w szkole jako język dodatkowy zamiast niemieckiego wybrałam rosyjski.

Obowiązkowy element - ostre papryczki



Jeszcze więcej wody kokosowej! Zamówiłam ją także do posiłku


Podsumowując, strasznie się cieszę, że trafiłam do tego miejsca, jeśli ktoś tak samo jak ja zafascynowany jest Azją to w Dong Xuan Center znajdzie ją w pigułce, w której może zakosztować różnych dalekowschodnich specjałów. Jeżeli planujecie wybrać się na zakupy żywieniowe proponuję zacząć od hali numer 3, bo tam spożywka była największa.

Przywiezione łupy: ;-)



Naklejki na paznokcie z m.in. Hello Kitty


W końcu będę miała papryczki odpowiadające moim standardom ostrości ;-) Chilli z Kambodży ^_^


piątek, 24 stycznia 2014

Kierunek zachodni, a potem...fascynujący Daleki Wschód

Dzisiaj wyjeżdżamy do Berlina na weekend odwiedzić Znajomych, którzy w tym mieście mieszkają. Strasznie się cieszę, że ich zobaczymy i nie mniej cieszę się z samego wyjazdu do Berlina. Od dobrych kilku lat cały czas obieraliśmy kierunki wschodnie lub południowe (co bynajmniej mi nie przeszkadzało :P).
Kiedy się nad tym zastanawiałam to doszłam do wniosku, że w jakimś zachodnim miejscu europejskim (innym niż lotnisko przesiadkowe w dalszej podróży) po raz ostatni byłam jakieś 7 lat temu w Holandii.
Po raz ostatni w Berlinie (nie licząc przesiadki na lotnisku) byłam chyba jeszcze w podstawówce i nic z tego nie pamiętam ;-) Jestem ciekawa jak wygląda to miasto. Znajomi, którzy tak samo jak my lubią podróżować mają zaprowadzić nas do wielkiego azjatyckiego sklepu, w którym można kupić różne azjatyckie przysmaki (suszone ostre liście glonów do piwka omnomnonm!) oraz owoce - podobno można nawet dostać tam śmierdziela duriana :-D
Do Berlina dotarła już także moda na wywodzącą się z Azji bubble tea, której z wielką chęcią się napiję ^_^
Jedyne co odrobinę psuje mi nastrój to prognoza pogody ;-) Podobno temperatura odczuwalna ma oscylować między -10 a -15 stopni, ale tak łatwo się nie poddam - zabieram odzież termiczną w której zawsze jeżdżę na nartach i grube swetry :)


♥♥♥ ♥♥♥ ♥♥♥

A już za miesiąc z małym haczykiem czeka nas Azja! Chciałabym spróbować robić jakieś wpisy ,,na żywo" z podróży, nakręcić parę filmów na bloga - mam nadzieję, że mi się to uda i blog stanie się przez to ciekawszy.
Nie zdradzę na razie dokładnie co to za państwo. Powiem tylko, że żyją tam koło siebie trzy kultury (nie to nie Singapur ;-P)

Ja tymczasem uciekam pracować, a potem się pakować ;]

Życzę Wszystkim miłego i udanego weekendu!

środa, 22 stycznia 2014

Moussaka - grecka zapiekanka

    Moussaka to grecka zapiekanka przyrządzana z ziemniaków, mielonego mięsa i bakłażanów. Jednak ile gospodyń i kucharzy tyle wersji moussaki. Tradycyjnie moussakę powinno przyrządzać się w kamionkowym naczyniu oraz do mięsa (które chyba powinno być określonego rodzaju) należy dodać trochę cynamonu. Kiedy byłam w Grecji każda zjedzona przeze mnie moussaka smakowała nieco inaczej, jednak wszystkie były pyszne. Najbardziej w pamięci zapadła mi moussaka jedzona z małej okrągłej kamionkowej miseczki z chrupiącymi podpieczonymi ziemniakami, aromatycznym mielonym mięsem (chociaż szczerze powiedziawszy nie wyczuwałam w nim cynamonu) oraz z grubą na jakieś 2,5-3 cm puszystą pierzynką z sosu beszamelowego. Chyba najbardziej zapadł mi w pamięci ten beszamel, bo nigdy wcześniej nigdzie nie zaserwowano mi takiej grubej warstwy :D 

    W Grecji byłam dość dawno, bo jakieś 8 lat temu i dzisiaj chciałabym podzielić się przepisem na moussakę, który jest równie wiekowy. Dostałam go od Przyjaciółki, która była w Grecji w tym samym czasie co ja i pewnego razu urządziła u siebie grecki wieczór robiąc wtedy moussakę. Wprowadziłam do niego drobne modyfikacje i korzystam z niego do dziś.

Zapraszam więc na grecki wieczór!

Składniki:

Na farsz:

  • 1 kg mięsa mielonego (użyłam wieprzowo-wołowego, chociaż częściej robię z mięsa indyka)
  • 3 średnie cebule
  • 2 średnie bakłażany
  • 2 puszki pomidorów 
  • 1 słoiczek koncentratu pomidorowego
  • 3-4 ząbki czosnku 
  • 2 jajka
  • 4 czubate łyżki bułki tartej
  • oliwa z oliwek do smażenia
  • kilka dużych ziemniaków (około 3-4 w zależności od ich wielkości)
  • Przyprawy: bazylia, oregano, zioła prowansalskie, pieprz, sól (Grecy podobno dodają do moussaki również cynamon, ale mnie to jakoś nie przekonuje ;-) )
  • ser żółty do posypania - ilość w zależności od upodobań

 Na sos beszamelowy:

  •  40g masła
  • 60g mąki pszennej
  • 0,5 l. mleka
  • gałka muszkatałowa
  • sól, pieprz
(jeżeli ktoś wymarzy sobie bardzo grubą pierzynkę z beszamelu musi podwoić składniki o połowę, z tej ilości i przy używanej przeze mnie wielkości blachy pierzynka będzie miała około 0,5 mm)

Dodatkowo:

Blacha o wymiarach 36cm x25,5cm (wychodzi tego całkiem sporo, wystarczy na kilka obiadów :P jeśli ktoś ma mniejszą blachę zmniejsza składniki o połowę)

A oto jak to zrobić:

  1. Blachę wysmarować oliwą z oliwek. 
  2. Zacząć od przygotowania warzyw:
    Najpierw ziemniaki. Ja kupuję ziemniaki już oczyszczone, myję je i razem ze skórką kroję na plastry o grubości około 0,5 mm. Lubię jeść ziemniaki ze skórką, bo jest najbardziej wartościowa. Jeśli ktoś nie chce może je obrać.  Talarki wyłożyć na blasze jak dachówkę - aby lekko na siebie zachodziły. Blachę z ziemniakami wstawić do piekarnika na wyższy poziom (najlepiej termoobieg z grzaniem od góry) nagrzanego do około  170 C. Dzięki grzaniu od góry talarki ładnie się przyrumienią.
  3. Bakłażany:
    umyć, pokroić wzdłuż na plastry o grubości około 0,5 mm i układać na blasze z wyposażenia piekarnika wyłożonej papierem do pieczenia. Posolić aby puściły gorzki sok. Za pomocą pędzelka kuchennego posmarować plastry oliwą z oliwek i włożyć do piekarnika na środkowy poziom (pod blachę z ziemniakami).
  4. Piec aż ziemniaki się podpieką i zrumienią a plastry bakłażana nieco ,,zwiędną" -  staną się nieco mniejsze, będą ciemniejsze bo oliwa w nie wsiąknie i staną się miękkie. Zajmuje to około 10-15 minut.
  5. W czasie gdy ziemniaki i bakłażany podpiekają się w piekarniku zająć się przygotowaniem farszu: cebulę pokroić w kostkę, w dużym garnku lub na głębokiej dużej patelni rozgrzać oliwę z oliwek, wrzucić cebulę, dodać czosnek przeciśnięty przez praskę lub drobno posiekany i podsmażać przez chwilę do zeszklenia cebuli. 
  6. Dodać mięso mielone mieszając podsmażyć przez chwilę. 
  7. Następnie dodać pomidory w puszce i koncentrat pomidorowy. Wymieszać.
  8. Całość pogotować przez chwilę i doprawić do smaku bazylią, oregano, ziołami prowansalskimi, pieprzem i solą. Jako że śmiało można powiedzieć, że jestem uzależniona od ostrej kuchni ja dowaliłam czubatą łychę węgierskiej pasty paprykowej i pół opakowania pieprzu cayenne. Pomińcie ten krok jeśli wolicie bardziej klasyczną moussakę lub dajcie tylko odrobinę czegoś ostrego dla podkręcenia smaku ;-) Farsz zestawić z ognia i odstawić. Do farszu wbić jajka i dodać bułkę tartą, dokładnie wymieszać i ostawić.
  9. Przygotować sos beszamelowy:
    Ważne aby robić na małym ogniu cały czas mieszając przy użyciu rózgi ponieważ sos lubi się zrobić grudkowaty lub przypalić. Rozpuścić masło, dodawać stopniowo mąkę cały czas mieszając (ma wyjść zasmażka do sosu) Następnie powolutku dodawać mleko i nie przestawać mieszać.
  10. Beszamel gotować długo na małym ogniu ciągle mieszając, aż zacznie gęstnieć i przybierze konsystencję bardzo gęstej śmietany. Doprawić do smaku gałką muszkatołową, pieprzem i solą. Jeśli ktoś jest szczęśliwym posiadaczem Thermomixa wkłada według podanej kolejności masło, mąkę i mleko, nastawia czas na 7 minut i temperaturę na 90 C, obroty na 4  i voila - piękny beszamel zrobi się sam.
  11. Zacząć układać warstwy:
    Na podpieczone ziemniaki wylewamy około 1/3 sosu beszamelowego (nie mają być całkowicie zalane, wystarczy kilka ,,szlaczków"). Wykładamy mięsny farsz i wyrównujemy do równej powierzchni. Układamy ciasno plastry podpieczonych wcześniej bakłażanów. Zalewamy pozostałym sosem beszamelowym i rozsmarowujemy go równo po bakłażanach i posypujemy startym żółtym serem. 
  12. Pieczemy 40-45 w piekarniku nagrzanym do 175 C, u mnie termoobieg.

    Smacznego!












poniedziałek, 20 stycznia 2014

Japoński olej do twarzy Shu Uemura Anti-Oxi skin refining cleansing oil

Shu Uemura jest moim pierwszym olejem do twarzy i w zasadzie spodobał mi się od pierwszego użycia, jednak pomyślałam, że napiszę o nim w momencie, kiedy będę zużywać pierwszą butelkę, co też właśnie się dzieje.
Zaryzykowałam i kupiłam w ciemno od razu dwie butelki, kiedy byłam w Singapurze i bynajmniej tego nie żałuję.

Olej zamknięty jest w plastikowej buteleczce o zielonym zabarwieniu. W dozowaniu pomaga zamieszczona w butelce pompka. To co mi przeszkadza to brak możliwości zamykania pompki - nie ma tu możliwości przesunięcia pompki w którąś ze stron i zablokowania możliwości wyciśnięcia płynu po naciśnięciu pompki. Raz otwarty olej nie nadaje się więc do przewożenia w podróży, bo jest spore ryzyko, że zaleje nam całą kosmetyczkę. Jak dla mnie to spory minus.


Olej produkowany jest w różnych wariantach, którym odpowiadają inne wersje kolorystyczne. Moja - zielona ma usuwać ze skóry zanieczyszczenia, sprawiając że stanie się ona bardziej świetlista oraz mniej podatna na przyśpieszające starzenie się skóry szkodliwe działania środowiska. Kluczowymi składnikami są ekstrakty z zielonej herbaty i liści ginkgo biloba - mające działanie oczyszczające i antyoksydacyjne oraz głębinowa morska woda bogata w składniki mineralne. 
Dodatkowo w składzie mamy olej z jojoby oraz orzeszków macadamia (które swoją drogą bardzo lubię pochłaniać doustnie :D )



Skład:
Paraffinum liquidum/mineral oil, zea mays/corn germ oil, polysorbate 85, carthamus tinctorius oil/safflower-seed oil, sorbitan trioleate, isopropyl myristate, dicaprylyl carbonate, undecane, maris aqua/sea water, tridecane, squalane, glycerin, simmondsia chinensis oil/jojoba-seed oil, macadamia ternifolia seed oil, propylene glycol, tocopherol, limonene, linalool, camellia sinensis extract/camellia sinensis leaf extract, ginkgo biloba extract/ginkgo biloba leaf extract, parfum/fragrance 

Made in Japan


Konsystencja:
Oleista i lejąca. W zasadzie poza kolorem (jest przeźroczysty) nie różni się za wiele od chociażby oliwy z oliwek.

Zapach:
Czuć w nim wyraźnie zieloną herbatę oraz jakąś ziołową nutę. Na mnie ten zapach działa...uspokajająco.

Sposób użycia:
Pompujemy produkt na suchą dłoń i nakładamy na suchą twarz masując okrężnymi ruchami. Ten etap masażu w połączeniu ze wspomnianym wcześniej herbaciano-ziołowym zapachem działają na mnie relaksująco i uspokajająco. Masaż twarzy takim tłustym olejem jest według mnie bardzo przyjemny. Kiedy już się wymasujemy moczymy twarz wodą - olej przy kontakcie z wodą zmienia swoją konsystencję i spłukuje z twarzy zanieczyszczenia.



Uczucie na skórze po użyciu:
To jedyny produkt do mycia twarzy (a testowałam ich już wiele) po którego użyciu nie mam uczucia ściągniętej skóry oraz wrażenia że mam za mało skóry w stosunku do wielkości mojej czaszki. Skóra jest miękka, gładka i dobrze nawilżona. 
Jeżeli chodzi o zmywalność makijażu to olej świetnie zmywa krem BB na czym mi najbardziej zależało. Koreańskie kremy BB zazwyczaj mają w swoim składzie silikony, a te z kolei ciężko usunąć ze skóry (nawet jeżeli mamy wrażenie, że skóra jest już umyta mogły na niej pozostać silikony) i tu podobno najlepszy jest właśnie olej do twarzy, gdyż olejowanie usuwa ze skóry silikony (chodzi tu zapewne o reakcję chemiczną, w której cząsteczki silikonów łączą się z olejem i zmywane są za pomocą wody, ale nie chcę się tu wymądrzać, bo chemia nigdy nie była moim ulubionym przedmiotem).
Trzeba nieco więcej masowania jeśli chodzi o zmycie makijażu oczu - najgorzej radzi sobie z eye linerem i tuszem do rzęs. Dodatkowo jako że na opakowaniu napisane jest aby unikać dostania się produktu do oka ciężko jest domyć kreski znajdujące się na dolnej powiece. Pozostaje efekt misia pandy i po olejowaniu twarzy doczyszczam oczy za pomocą dwufazowego płynu do demakijażu (lubię dwufazówki, nigdy nie przekonałam się do płynów micelarnych).


Test zmywania na zdjęciach:

1. Na zdjęciu kolejno od lewej: krem BB Lioele , tusz to rzęs Rimmel, cień do powiek Inglot, wodoodporna kredka do oczu Astor, eye liner w żelu Maybelline, tint Etude House, szminka Rimmel, bronzer Astor.


2. Pompuję na rękę. Na całą twarz wystarczą mi 3-4 ,,pompnięcia". Widać, że olej jest zupełnie bezbarwny.


3. Zaczynamy zmywanie nakładając olej i masując.


Widać, że najgorzej olej poradził sobie z tuszem do rzęs i eye linerem w żelu. Po reszcie praktycznie nie ma już śladu.

Masujemy dalej. Tusz do rzęs wciąż się opiera.
4. Zmywamy pod strumieniem ciepłej wody.



Wciąż widać cień po tuszu do rzęs

Tutaj mocniej tarłam rękę i w końcu tusz całkowicie się domył, jednak tak jak pisałam - w przypadku zamkniętych oczu sprawa ma się trochę inaczej, bo po pierwsze nie chcę tak trzeć oczu, a po drugie, gdy oczy są zamknięte ciężko domyć dokładnie dolną powiekę z namalowaną na niej kreską oraz wytuszowane dolne rzęsy, co ostatecznie tworzy efekt pandy na dolnej powiece ;-) Górna jest domyta bardzo ładnie ze wszystkich kresek, cieni i tuszu do rzęs.







środa, 15 stycznia 2014

Wyspy Phi Phi

     Dzisiaj u mnie za oknami popaduje śnieg, całe niebo zasnute jest czarnymi chmurami i jakoś tak zimno i depresyjnie się zrobiło (w końcu nadciągnęła do Polski klasyczna, regularna zima, za którą nie przepadam, zdecydowanie wolę ciepłe zimy spowodowane anomaliami pogodowymi :P ) Dla poprawy nastroju zaczęłam oglądać sobie widoki z pewnego pięknego miejsca na Ziemi i pomyślałam, że się nimi podzielę i sprawię, że może jeszcze komuś poprawi się humor w trakcie tego szarego styczniowego dnia. 
    Oglądaliście ,,Niebiańską plażę" z Leonardo DiCarpio? Tytułowa niebiańska plaża ,,została zagrana" przez wyspę Phi Phi i dzięki temu zaczęła ściągać całe tabuny ludzi chcących zobaczyć niebiańską plażę na własne oczy. I właśnie zdjęcia z Phi Phi chciałabym dzisiaj pokazać.
W skład wysp Phi Phi (czytamy Pi Pi) wchodzi kilka wysepek posiadających równie niebiańskie plaże jak nasza filmowa bohaterka. Są nimi: Ko Phi Phi Lee (czasem pisane Ley lub Leh), Ko Phi Phi Don, Koh Pai, Ko Mai Phai, Ko Bida Nok, Koh Yung, Ko Bida Noi. 
Wyspy leżą w Tajlandii i znajdują się w swoistej zatoczce pomiędzy dużą wyspą Phuket, a lądem stałym (wyspy dzieli 40 km od popularnej turystycznej miejscowości Krabi znajdującej się na lądzie).
       Wyspy mają do zaoferowania rajskie widoki, krystalicznie czystą, błękitną wodę, rafy koralowe idealne do odkrywania podwodnego świata dla nurkujących z butlą lub choćby nawet z rurką, a także dziewicze plaże okupowane przez małpy, które tak przyzwyczaiły się do widoku człowieka, że kiedy tylko go zobaczą wyłażą gromadnie znad koron drzew domagając się bananów, wyrywając butelki z wodą i przeszukując plecaki w poszukiwaniu czegoś do jedzenia. 
Najmniej zniszczoną przez człowieka i chyba jak do tej pory niezamieszkałą jest wysepka Phi Phi Lee/Ley/Leh. Znajduje się na niej Jaskinia Wikingów, którą upodobały sobie ptaki jerzyki zakładające w niej gniazda. I w tym miejscu zaznacza się wszechobecna działalność człowieka, ponieważ gniazda jerzyków tak samo jak gniazda jaskółcze są w Azji jedzone i uchodzą za przysmak. W jaskini założone są więc różnego rodzaju bambusowe rusztowania i podpory mające umożliwić zbieraczom łatwiejsze pozyskiwanie gniazd.

Poniżej mapa przedstawiająca rozkład wszystkich wysepek archipelagu:

Źródło:http://www.dive-the-world.com/maps-phi-phi-islands.php

 

Zdjęcia pochodzą z różnych wysepek archipelagu:



Jako pierwsze wysepka z plażą opanowaną przez małpy nazwaną Monkey Beach:

Omniom mniom pyszne bananki


I tradycyjnie już: znajdź na zdjęciu autorkę bloga Butterfly Flits ;-)

Mam banana i uciekam!

Pyszna woda, którą wyrwałem/łam komuś z ręki :P

Jaka pyszna woda ;)

Oraz piękne zatoczki otoczone bujną roślinnością i błękitną wodą:


Trzeba schłodzić reaktory. Kąpiel w takiej wodzie to sama przyjemność :)

Gigantyczny grzyb :D


I wyspa, która zagrała w ,,Niebiańskiej plaży":



Jak z pocztówki ^_^



I żeby nie było tak pięknie - tłoki ludzi na ,,Niebiańskiej plaży". To tu wszyscy wysiadają z łódek, którymi przypłynęli.



I na koniec wysepka na której piliśmy pysznego drinka z wodą kokosa wzmocnionym Malibu ;-)


Pan Krabik

Tworzenie ,,kieliszków" z którego będziemy pić :D

Malibu wlewamy prosto do soku kokosowego

Jeszcze tylko rureczka i egzotyczny kwiatuszek dla ozdoby

Taaaadaaaam! Pyyyycha ;)

To kto ma już dosyć zimy i zatęsknił za takimi widokami? Styczeń to jeden z najlepszych okresów w jakim można odwiedzić Phuket, Krabi i wyspy Phi Phi, bo są wtedy najmniejsze opady.