sobota, 11 stycznia 2014

Co można zjeść i wypić na Bali

 Tak jak pisałam w poprzednich wpisach - jestem osobą, która bardzo lubi próbować smaki lokalnej kuchni. Najczęściej przed wyjazdem do danego kraju czytam, co można tam zobaczyć oraz co warto tam zjeść. 
Przed wyjazdem na Bali było podobnie i kiedy siedziałam w samolocie miałam już przygotowaną listę potraw, które chciałabym spróbować.

Poniżej krótka lekcja słówek, które poznałam podczas pobytu na Bali i które przydały mi się w odszyfrowywaniu nazw potraw:
Ayam=kurczak (kiedy mamy w potrawie nazwę >ayam< coś tam coś tam mamy sporą pewność, że będzie to danie z kurczakiem ;-) Podobnie jest w przypadku słówek przedstawionych poniżej)
Pisang=banan
Keju=ser
Nasi=ryż 

dodatkowo:

kopi=kawa (już wiecie dlaczego cukierki Kopiko z kawy z Jawy-czy jak to tam szło w tej reklamie Kopa ma ta kawa nazywają się Kopiko ;-) )
gula=cukier
dupa=kadzidło (taaak, taaak :D )
hati-hati= uwaga (warto zapamiętać jeśli jeździcie motorkiem/skuterkiem po balijskich drogach i pojawiają się znaki ostrzegawcze :)

Lokalne jedzenie najlepiej znaleźć w przydrożnych WARUNGACH czyli ,,sklepach" oferujących przydróżnym niemalże wszystko - od papierosów poprzez jedzenie i picie po proszek do prania.


Babi Guling.

To chyba najbardziej reprezentacyjna potrawa, którą można zjeść na Bali (oczywiście o ile nie jesteśmy w Kucie, bo tam znalezienie prawdziwego babi gulinga graniczyło z cudem). Indonezja jest krajem muzułmańskim, natomiast wyspa Bali to miejsce, które stało się ostoją hinduizmu. Jako że muzułmanie ze względów religijnych wieprzowiny jeść nie mogą więc niech nikogo nie zdziwi, że na hinduistycznym Bali to wieprzowina gra jedną z głównych ról ;-) Babi Guling to nic innego jak cały prosiaczek pieczony w całości przez kilka godzin. Na straganach serwujących babi guling znajdował się w całości duży prosiak w ,,boksie" ogrodzonym szybą, którego porcjowano na kawałki podczas wydawania zamówionego dania. My kupowaliśmy babi guling znajdując się gdzieś na północy Bali, gdzie ceny są dużo niższe, a kuchnia bardziej lokalna. Całość kosztowała nas około 6-10zł. W skład babi guling, który kupiliśmy wchodziła ostra zupka (również zrobiona z części upieczonej świnki), chrupiąca skóra, chrupiące elementy ze świnki w postaci chrząstek (nie jestem smakoszem takich rzeczy, ale one wybitnie mi smakowały - jak chrupiące chipsy o smaku mięsnym), do tego trochę mięsa świnki i ryż. Dodatkowo kawałki mięsa mielonego nadzianego na patyczki. przypominające patyczki od lodów (krótkie i szerokie, inne niż długie i smukłe patyczki do grillowania, które znamy w Polsce). Wszystko dobrze doprawione i ostre.

Źródło: http://ayearinbali.files.wordpress.com/2010/04/babi-guling-candra.jpg

Źródło: http://www.southeastasiawanders.com/wp-content/uploads/2012/07/Babi-Guling-Warung-Ibu-Oka.jpg

Źródło: http://www.southeastasiawanders.com/wp-content/uploads/2012/07/IMG_0343.jpg

Bebek betutu.

Od razu napiszę, że tego nie próbowaliśmy więc to tylko teoria. Bebek betutu to kaczka zawinięta w liście bananowca poddawana trzem obróbkom cieplnym: pieczona, gotowana i wędzona (?)

Sate (Sataj).

Sataje to różnorakie gatunki mięsa w postaci nadziewanych na patyki i grillowanych szaszłyczków. Można je zjeść również w Malezji. Jednak nie sam sataj jest tu ważny...o sosie w którym zamoczone są sataje (lub który podawany jest osobno w oddzielnej miseczce) mogłabym pisać poematy. To sos z orzeszków ziemnych doprawiony ostrymi przyprawami i sokiem z limonki. Smakuje jak masło orzechowe z dodatkiem chilli, sosu sojowego, soku z limonki i odrobiny miodu. 100% pycha. Najlepsze sataje jadaliśmy w przydrożnych barach, gdzie, żeby lepiej rozpalić ogień używano miniaturowych wiatraczków (potrzeba matką wynalazku ;-) ) Muszę się tu usprawiedliwić, że często kiedy jemy w przydrożnych budkach jesteśmy tak głodni, że nie mamy czasu zrobić zdjęcia (dlatego też nie mam zdjęcia Babi Guling i musiałam posiłkować się zdjęciami z internetu). Podobnie jest w przypadku satajów - nie mam zdjęcia stajów z przydrożnej budki rozkładanej wieczorami przez sprzedawcę, mam zdjęcie z bardziej cywilizowanego miejsca, gdzie jedliśmy sataje siedząc w miniaturowych altankach i patrząc na tarasy ryżowe w Ubud.



Rujak.

To orzeźwiająca sałatka owocowa - pokrojone na kawałki schłodzone owoce zalane sosem z suszonych krewetek, limonki, tamaryndowca i czegoś słodkiego przypominającego miód. 


Nasi Goreng.

To smażony ryż z jajkiem, kurczakiem i krewetkami doprawiony aromatycznymi przyprawami (najczęściej dymka, czosnek, chilli i tamaryndowiec). Dodatkowo często podawany był z chrupkami krewetkowymi. Występował w wielu przeróżnych wariantach w zależności od fantazji osób, które go robiły jednak wszystkie były pyszne.

Pisang Keju. 

To banan gotowany w słodkim syropie i przyprawach korzennych (wyczułam cynamon, kardamon, goździki i chyba wanilię) posypany...żółtym serem. Dość dobre, ale nie zapragnęłam odtwarzać tego smaku po powrocie do Polski ;-)



Pisang Goreng. 

Do deserek w postaci banana w cieście. Szczerze powiedziawszy nic szczególnego. Bardzo podobne można zjeść w chińskich barach w Polsce.

Bubur Injin.

Pudding z czarnego ryżu podawany ze słodkim mlekiem kokosowym. Smakuje podobnie jak znany w Polsce ryż na mleku tylko przy zamianie białego ryżu na ryż czarny (który w smaku jest  bardziej intensywny, smakuje podobnie jak brązowy ryż tylko jest jeszcze bardziej intensywny)



Gado-Gado.

Bardzo smaczne (dlatego nie mam zdjęcia :> ) to coś jak sałatka warzywna z ugotowanym jajkiem i bloczkami (,,mini batonikami") z orzeszków ziemnych zalanych masłem  orzechowym  Tak jak w przypadku satajów... :P nie te warzywka są tu ważne, ale właśnie te orzechowe bloczki omniom mniom :D

Klepon.

To uszy Shreka ;-) Przynajmniej tak to nazwaliśmy :P To nieco gumiasta kluseczka obtoczona (lub nie) w wiórkach kokosa z której po rozgryzieniu wypływa słodki sok z trzciny cukrowej. Mniam! PS. jeszcze lepiej smakuje, gdy sprzedawany jest w przydrożnej budce w tutce z liści bananowca ;-)




Wajik.

Tego nie udało mi się spróbować, ponieważ nigdzie nie udało mi się go znaleźć (może miałam po prostu pecha). Z tego co wiem to coś w rodzaju ciasta robionego z ryżu, mleka kokosowego, pandanu i cukru trzcinowego.

Kilka dodatkowych potraw, a których nazw nie znam.


 Na zdjęciu powyżej mieliśmy okazję jeść w takich uroczych altankach z widokiem na pola ryżowe. Byliśmy wtedy gdzieś na północy Bali i zatrzymaliśmy się tam, bo zgłodnieliśmy. Cały obiad w skład którego wchodziły dwa dania, dwie kawy i dwa kokosy kosztował nas około 30 zł. 
Ja jadłam udo kurczaka z pyszna chrupiącą słodką skórką z dodatkiem imbiru i chilli. Do tego był ryż, sałatka z dodatkiem dymki i ostrych papryczek oraz jakieś bliżej nieokreślone chrupiące fasolki ;-). Za altankami, które widać na zdjęciu znajdował się stawik, w którym pływały ryby. Jedna z nich znalazła się na talerzu mojego Męża.






Coś do picia:

Koktajle owocowe.

Bardzo popularne na Bali. Sprzedawane w Warungach i przy plażach. Wskazujesz wybrane do zmiksowanie owoce, możesz dodać do nich cukier lub gęste słodkie skondensowane mleko lub inne dodatki w proszku (nie wiem co to było, bo wybierałam opcję z mlekiem skondensowanym) i gotowe!!!

Piwo Bintang.

Indonezja to kraj muzułmański jednak można tu kupić krajowe piwo Bintang. Mnie bardzo posmakowało. Było lekkie i dobrze gasiło pragnienie. Przyrównałabym je do Heinekena.



Piwo Bali Hai.

To piwo było faworytem mojego Męża, ja upodobałam sobie Bintanga. W smaku nieco cięższe i bardziej słodko-gorzkie, chyba przyrównałabym je do Warki lub Tyskiego.

Na zdjęciu poza piwami znajdują się także popularne azjatyckie przekąski w postaci chrupiących liści wodorostów o różnych smakach...uwielbiamy je, świetnie pasują zwłaszcza do piwa ^^



Kopi Luwak.

To kawa. Jednak dość specyficzna. Luwak to Cyweta - zwierzątko żyjące w dżungli przypominające liska lub łasiczkę. Cyweta lubi zjadać owoce kawowca, których nie trawi w całości. Wydala nieprzetrawione ziarenka kawy...następnie odchody cywety są zbierane i z nich właśnie pozyskiwana jest kawa o nazwie Kopi Luwak. Jest to najdroższa kawa na świecie. 100 gram kosztuje 100 zł. Próbowałam...i...muszę przyznać, że pozostanę przy starej dobrej Arabice. Przyznaję, że nie jestem jakimś szczególnym smakoszem kawy. Pijam bardziej mleko z kawą niż kawę z mlekiem, a najbardziej lubię słodkie piernikowe, kardamonowe i cynamonowe ulepki kupowane w Coffe Heaven czy Sturbacksie.
Kopi luwak była bardzo ,,aksamitna" - mocna, lecz bez wyczuwalnej goryczki. Bardzo łagodna. To jedna z nielicznych kaw, którą mogłam wypić bez dodawania hektolitrów mleka. Dla mojego Męża-dla którego poranek bez mocnego czarnego espresso nie jest porankiem była zbyt mdła i nijaka. Dla niego nie smakowała jak kawa. I może coś w tym jest. Pijąc czarną kawę tak bardzo spodziewamy się znajomej goryczki i lekkiego kopa, że jesteśmy nieco zawiedzeni, kiedy natrafiamy na łagodność i rozwodnienie. Może i przekonałabym się do kopi luwak (bo w końcu mogłabym pić czarną kawę bez mleka) jednak zniechęciła mnie do niej nie tylko cena, ale i pozyskiwanie. I nie chodzi tu o zbieranie odchodów jako tako. Po powrocie do Polski przeczytałam kilka smutnych artykułów o ,,fermach" cywet, na których są więzione i jak to często bywa przetrzymywane w potwornych warunkach; karmione kawą, aby wydalały ją w jak największych ilościach, w celu pozyskiwania kopi luwak. To mnie skutecznie zniechęciło. Co innego kiedy zwierzę radośnie biega po dżungli i robi ,,kawowe kupki" zbierane przez okolicznych mieszkańców, a co innego kiedy w pewnym sensie elitarna ze względu na pozyskiwanie kawa produkowana na masową skalę okupiona jest cierpieniem niewinnych zwierząt tylko dlatego, że upodobały sobie jedzenie owoców kawowca.


Owoce:


 Kiedy lecę do Azji nie mogę się doczekać, aż znowu skosztuję tamtejszych pysznych owoców. Uwielbiam mangostan, owoce chlebowca, mini wersje bananków i soczyste żółte mango. Jednak na Bali natrafiłam na owoc, którego nigdy wcześniej nie próbowałam, a który bardzo mi posmakował. Był nim (lub była nim):

Oszplina jadalna. Inaczej Salak.

Występuje m.in. na Jawie i Sumatrze. Owoc dzieli się na trzy główki tworzące linie kojarzące się nam z logiem Mercedesa. Pojedyncza główka przypomina bardzo bardzo przerośniętą główkę czosnku. W jednej z główek znajdziemy też małą czarną pesteczkę w kształcie kuleczki. Sam owoc natomiast ubrany jest w brązową skórkę przypominającą łuskę i odłażącą od owocu dużymi, suchymi płatami.
Salak okazał się być chrupiący, orzeźwiający, lekko kwaskowaty i lekko cierpki. Próbowaliśmy też drugiej nieco słodszej odmiany, ale ta kwaskowata bardziej nam posmakowała.


Smacznego ;-) życzy kawałek mnie i małpka, która wcina pysznego mini-bananka ^^



4 komentarze:

  1. Bebek betutu i Klepon brzmią dla mnie najbardziej smakowicie- myślę, że moje kubki smakowe byłyby zadowolone :) O tych liściach wodorostów czytałam już na kilku blogach i jestem szalenie ciekawa, jak smakują. Widziałam je w kilku sklepach internetowych i na pewno kupię na spróbowanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mnie też klepon bardzo posmakował i często go jadłam. Poza tym fascynował mnie jego soczyście zielony kolor :D
      A te wodorosty uwielbiam ;-) Zawsze przywożę ze sobą do Polski kilka paczek i potem się nimi delektuję do piwka ^^ Najbardziej lubię te: https://suluhmania.files.wordpress.com/2012/04/billg.jpg bo są ostre ^^ Są jeszcze o smaku tajskiej zupki Tom Yum, kurczaka albo takie klasyczne (nazywają się Zero) i to po prostu wysuszone listki glonów - te nie każdemu posmakują, bo zajeżdżają trochę tak jakby rybą :P

      Usuń
  2. fantastyczna sprawa...uwielbiam słodko- ostro- kwaśne smaki :)

    OdpowiedzUsuń