środa, 26 lutego 2014

Revocon Opal Chocolate - miesięczne circle lens

Jakiś czas temu pokazywałam moje soczewkowe zakupy (KLIK) Wczoraj otworzyłam pierwsze miesięczne circle lens firmy Revocon w kolorze Opal Chocolate (do kupienia tutaj (KLIK)) W przypadku tych soczewek kupuje się je w opakowaniach - w jednym opakowaniu mamy 2 sztuki soczewek o tych samych mocach. Jeśli ktoś ma inne wady w każdym oku musi kupić dwa opakowania z innymi mocami.

Parametry soczewek:

Użytkowanie: miesięczne
Promień krzywizny (BC):  8.6 mm
Średnica (DIA):  14.5 mm
Uwodnienie:  55%


Soczewka wygląda odrobinę inaczej niż wcześniejsze circle lens, które użytkowałam. Jej krawędzie są przeźroczyste a nie zapełnione kolorem, co widać na zdjęciu. Wydaje mi się, że jest nieco cieńsza i troszkę inna ,,w dotyku"- wydaje mi się, że jest odrobinę bardziej plastyczna. Są to jednak bardzo subtelne różnice.

Jak się noszą?

Wydaje mi się, że większe uwodnienie jest rzeczywiście odczuwalne, nosiłam je wczoraj cały dzień i nie musiałam używać kropli nawilżających, bo nie czułam takiej potrzeby. Zabieram je ze sobą do Malezji :) Ogólnie wszystkie circle lens, które testowałam nosiły się wygodnie - tj. nic się nie przesuwało, nie kłuło, nie było ich czuć na oku. Dopiero w kwestiach czasu, w którym musiałam sięgać po nawilżające krople do oczu odczuwam różnicę. W tej kwestii najlepiej wypadają Revocon, zaraz za nimi są Vassen Color Hyper Natural Gray, a na końcu - Mimi Apple Green posiadające największą średnicę.

 

Jak wyglądają:

W intensywnym świetle i przy dużym zbliżeniu odznaczają się na oku. Jednak z daleka wyglądam jakbym miała orzechowe oczy z ciemnymi obwódkami (naturalnie mam naturalnie hmm sraczkowato-zielone).

 

Dla porównania: z soczewką na jednym oku bez makijażu, a potem z makijażem.

 I w całości:





wtorek, 25 lutego 2014

Ciasteczka z masłem orzechowym

Takie urocze foremko-pieczątko-wyciskaczki do ciastek 
(oczywiście obowiązkowo w kształcie motylka :D ) dostałam od mojej Drugiej Mamy
 (nie lubi, kiedy mówi się o niej per ,,teściowa", bo źle jej się to kojarzy :P , a ja przyznaję,
 że mamy ze sobą świetny kontakt i sama nie nadużywam tego słowa ;-) )

Nie mogłam doczekać się kiedy je wypróbuję oraz chciałam, 
aby motylkowe ciasteczka miały jakiś nowy ciekawy smak, 
inny niż ciasteczka korzenne (bardzo lubię wszelkie ciasteczka z korzennymi przyprawami i takie najczęściej piekę)


Wybór padł na ciasteczka z dodatkiem masła orzechowego. Można je jeść z odrobinę mniejszymi wyrzutami sumienia, bo są zrobione przy użyciu mąki z pełnego ziarna, a biały cukier zastąpiony jest cukrem brązowym. Masło orzechowe jakby nie patrzeć też jest całkiem wartościowe, bo zawiera dużo tłuszczów roślinnych pochodzących z orzeszków ziemnych. Warto czytać etykiety i kupić masło z największą procentową zawartością orzeszków ziemnych (moje miało 91%) oraz aby w składzie nie zawierało utwardzonych tłuszczów roślinnych.
(Pyszne jest masło orzechowe z Marksa&Spencera, zawiera 91% orzeszków i nie zawiera tłuszczów utwardzonych, bardzo dobre jest również masło z Lidla - Mcennedy American Way, do kupienia podczas tygodnia amerykańskiego - zawiera 95% orzeszków i także nie zawiera tłuszczów utwardzonych. Odradzam masło Felix - w składzie ma: orzechy 65%, olej roślinny, dekstrozę, utwardzane tłuszcze roślinne i sól.)


!!! Przed przystąpieniem do pieczenia warto pamiętać, że po wyciśnięciu wzorów z ciasta wkładamy je ponownie na godzinę do lodówki - dlatego proponuję np. na deskę do krojenia położyć papier do pieczenia i całość włożyć do lodówki, a w momencie pieczenia przełożyć ciasteczka na papierze do pieczenia na blachę (chyba że ktoś ma tak dużą lodówkę, że zmieści mu się cała blacha do pieczenia)




 

 

 

 

 


 

 

 

Składniki:

  • 150 g brązowego cukru
  • 110 g masła
  • 1 jajko
  • 120 g kremowego masła orzechowego (bez żadnych kawałków orzeszków w środku)
  • 1 niepełna łyżeczka aromatu waniliowego lub jeszcze lepiej - esencji waniliowej (nie lać do zapełnienia całej łyżeczki :P)
  • 220 g mąki z pełnego ziarna (użyłam TEJ (klik) )
  • 1/4 łyżeczki sody oczyszczonej
  • 1/4 soli

Przygotowanie:


  1. Jeśli masło jest zimne pokroić je nożem na drobniejsze kawałki. Za pomocą miksera utrzeć masło z brązowym cukrem około 3 minut na jednolitą masę.
  2. Wbić jajko, poucierać przez chwilę i dodać masło orzechowe, aromat waniliowy, sól i sodę. Ucierać do połączenia się wszystkich składników. 
  3. Nie przestając ucierania dodawać małymi partiami mąkę aż do momentu połączenia się wszystkich składników.
    UWAGA: możliwe że ciasto będzie się rozpadało, przypomina nieco ciasto kruche, ale jest dużo bardziej mokre i rozpadające się.
  4.  Rozłożyć spory kawałek przeźroczystej folii spożywczej. Wyłożyć na nią ciasto, przykryć drugim kawałkiem folii i zacząć złączać ciasto w jedną zbitą kulę (chyba, że komuś wyjdzie lepiej trzymające się ciasto, ale moje się rozpadało i trzeba było je złożyć do kupy w folii :) Piszę o tym żeby nikt nie stresował się, że coś mu nie wychodzi)
  5. Uformowane w kulę i zawinięte w folię ciasto włożyć do lodówki na minimum 2 godziny.
  6. Po tym czasie wyjąć ciasto i rozwałkować je pomiędzy dwoma kawałkami folii spożywczej (można rozwinąć ją na macie do wałkowania i zawinąć boki folii pod spód). Można pomóc sobie ugniatając kulę ciasta dłońmi, a następnie rozwałkować wałkiem, potem znowu dłońmi i znowu wałkiem. Ciasto w konsystencji jest ,,suche" jak ciasto kruche i jednoczenie mokre, pozostawiające tłusty film na dłoniach za sprawą masła orzechowego. Folia zdecydowanie ułatwia sprawę, bo trzyma ciasto w ryzach i nic nie przykleja się do wałka. Ciasto rozwałkować na grubość około 4-5 mm.
  7. Stempelkami  wybijać wzorki, wycinać je i układać na papierze do pieczenia. Jeśli ktoś ma tradycyjne foremki myślę, że też się nadadzą. Zawsze można wycinać też kółka szklanką, i odciskać wzorek drugą szklanką, ale o mniejszej średnicy, a patyczkami do szaszłyków robiąc dziurki i tworząc w ten sposób ciasteczka w kształcie guziczków.
  8. Kiedy z całego ciasta wytniemy wzorki ponownie wkładamy ciasteczka na 1 godzinę do lodówki.
  9. Piekarnik nagrzać do 180 C (u mnie termoobieg) i piec ciasteczka 10 minut do lekkiego zbrązowienia. 
  10. Wyjąć i lekko przestudzić. Świetnie smakują jeszcze ciepłe ze szklanką zimnego mleka.


















niedziela, 23 lutego 2014

Curry z kurczakiem, mlekiem kokosowym, ananasem, grzybami shiitake i pomidorkami daktylowymi

Uwielbiam smaki kuchni azjatyckiej, o czym wiedzą osoby zaglądające na tego bloga.
Dzisiaj przedstawiam kolejną odsłonę curry w tajskim stylu. 
Zawiera w sobie mnóstwo aromatycznych przypraw, mleko kokosowe, kurczaka, soczystego słodkiego ananasa i przełamujące jego słodycz grzyby shiitake i pomidorki daktylowe. 

Początkowo do robienia curry z dodatkiem ananasa używałam świeżego ananasa - wzorując się na tych wszystkich curry, które jadłam w Tajlandii. Poza tym świeży ananas nie dość, że jest mniej kaloryczny to jeszcze zawiera wartości odżywcze. 
Niestety nie zawsze udawało mi się kupić odpowiednio dojrzałego soczystego i słodkiego ananasa, 
a jego słodycz jest bardzo istotna w balansie smaków. 
Kwaśny i mało słodki ananas kilka razy popsuł mi smak curry (bo dodatkową kwaskowatość i cierpkość wprowadza tamaryndowiec i sok z limonki).
 Nie pomagało nawet dosładzanie cukrem palmowym. Dlatego po kilku takich przygodach zamieniłam świeżego ananasa na ananasa z puszki, bo daje mi 100% gwarancji, że będzie tak samo słodki i soczysty jak ananasy znajdujące się w curry, które jadałam w Tajlandii, chociaż nie tak wartościowy jak świeży ananas.

Składniki na marynatę:

  • 2 filety kurczaka (u mnie bardzo duże, jeśli małe proponuję 3)
  • 1 czubata łyżeczka czerwonej pasty curry
  • sok z połowy limonki
  • kilka ząbków czosnku (ilość według upodobań)
  • 2 łyżeczki kurkumy
  • opcjonalnie: 2 łyżeczki oleju kokosowego
  • 2 łyżki oliwy z oliwek (jeżeli nie mamy oleju kokosowego)
  • 5cm kawałek świeżego imbiru

  1. Kurczaka oczyścić z błonek i kostek, pokroić na małe kwadraty. Włożyć do zamykanego pojemnika.
  2. Imbir obrać ze skórki, zetrzeć na tarce o drobnych oczkach, dołożyć do kurczaka, tak samo postąpić z czosnkiem przeciśniętym przez praskę.
  3. Do kurczaka dołożyć pastę curry, olej kokosowy (jeśli nie używamy wlewamy 2 łyżki oliwy z oliwek) wycisnąć sok z limonki  i posypać kurkumą.
  4. Wszystko dokładnie wymieszać i odstawić na kilka godzin lub na całą noc.

Składniki na curry:

  •  1 puszka mleka kokosowego
  • 1 puszka ananasów (dla naszej wygody warto kupić już pokrojone)
  • duża garść grzybów shiitake
  • około 6-7 pomidorków daktylowych
  • kilka łyżek oliwy z oliwek do smażenia
  • 2 łodygi trawy cytrynowej*
  • 3-4 liście kafiru* (np. takie lub takie do kupienia w Almie/Piotrze i Pawle lub w lepiej zaopatrzonych marketach - moje pochodzą z Inter Marche)
  • sok z połowy limonki
  • do doprawienia (ilość według upodobań smakowych): sos rybny*
  • do doprawienia (ilość według upodobań smakowych): pasta z tamaryndowca*
  • do doprawienia (ilość według upodobań smakowych): ostre papryczki chilli drobno pokrojone lub sproszkowane chilli
Do podania: świeża kolendra i ugotowany ryż (najlepiej jaśminowy, ale niekoniecznie)


 * - gwiazdką oznaczyłam produkty, które są nieco trudniej dostępne, ale zdecydowanie wzbogacają smak, jeśli ktoś nie chce ich używać może je pominąć. Sos rybny zastępujemy wtedy solą, a zamiast kwaskowatego w smaku sosu tamaryndowego możemy wcisnąć więcej soku z limonki.
Produkty oznaczone gwiazdką można najłatwiej dostać w sklepach typu Alma, Piotr i Paweł czy Kuchnie Świata lub w lepiej zaopatrzonych marketach.

Przygotowanie:

  1. Grzyby shiitake włożyć do miseczki, zalać wrzątkiem i odstawić na kilkanaście minut, aby zmiękły. Następnie odsączyć i pokroić na mniejsze kawałki. Jeśli nie kupiliśmy puszki z ananasem w kawałkach - pokroić plastry ananasa w kostkę.
  2. W woku/na głębokiej patelni/w garnku rozgrzać olej. 
  3. Wrzucić kurczaka, dodać liście kafiru i obsmażać przez chwilę z każdej strony. 
  4. Wlać mleko kokosowe, dodać grzyby shiitake. 
  5. Trawę cytrynową roztłuc tępą częścią noża, aby puściła sok, pokroić na 3 części, wrzucić do curry. 
  6. Wcisnąć sok z połowy limonki i pogotować całość przez chwilę.
  7. Ananasa odsączyć z soku i dodać do curry
  8. Doprawić do smaku sosem rybnym, sosem z tamaryndowca i papryczkami chilli lub sproszkowanym chilli.
  9.  Pomidorki daktylowe przekroić wzdłuż i jeszcze raz na pół, dorzucić do curry na samym końcu aby za bardzo nie zmiękły. Wymieszać całość i chwilę pogotować (tylko do momentu aż pomidorki nieco zmiękną)
  10. Podawać z ryżem, posypane świeżą kolendrą oraz ewentualnie posypane dodatkowo pokrojonymi świeżymi papryczkami chilli (wersja dla miłośników palenia w ustach :) czyli dla mnie :P ).








sobota, 22 lutego 2014

Wegetariański pasztet z soczewicą, kaszą jaglaną i żurawiną

Staram się jeść zdrowo oraz próbuję, aby moja/nasza dieta była urozmaicona, 
obfitująca w różnego rodzaju kasze, nasiona, warzywa i owoce. 
Dzisiaj chciałabym podzielić się przepisem na wegetariański pasztet, który znalazłam na stronie Jadłonomii i wprowadzając kilka drobnych zmian w ,,dawkowaniu" przypraw upiekłam. 

Mój mąż - mięsożerca - był nastawiony bardzo sceptycznie do pomysłu takiego wegetariańskiego pasztetu, a okazało się, że ponad połowę zjadł sam. 

Pasztet dzięki dodatkom różnych ziół i przypraw jest aromatyczny,
 a jego smak świetnie komponuje się z dodatkiem żurawiny. 
Dzięki zawartości soczewicy i kaszy jaglanej jest bardzo wartościowy w składniki odżywcze - zawiera mnóstwo białka i błonnika pokarmowego, witaminę A, witaminy z grupy B, potas, fosfor, magnez i inne. W przeciwieństwie do większości pasztetów nie zawiera bezwartościowych zapychaczy w postaci bułki tartej.
Według mnie stanowi ciekawe urozmaicenie codziennej diety.

Składniki:

  • 200g suchej soczewicy zielonej
  • 100g suchej kaszy jaglanej
  • 2 cebule (u mnie ważyły 250g)
  • 5 czubatych łyżek suszonej żurawiny
  • 100g oliwy z oliwek
  • dodatkowo kilka łyżek oliwy do smażenia
  • 3 łyżki sosu sojowego
  • 3 liście laurowe
  • 4 ziarna ziela angielskiego
  • 3 goździki
  • 1 łyżeczka majeranku
  • 1łyżeczka cząbru
  • 1/2 łyżeczki lubczyku
  • 1/4 łyżeczki gałki muszkatołowej
  • sól i pieprz do doprawienia
Dodatkowo: Keksówka (u mnie o wymiarach 26cm) wyłożona papierem do pieczenia.

Przygotowanie:


  1.  Soczewicę i kaszę jaglaną ugotować według instrukcji podanych na opakowaniach. Można zrobić to dzień wcześniej i odłożyć do lodówki.
  2. Cebulę pokroić w piórka (nie musi być bardzo drobno, bo potem i tak wszystko będziemy miksować).
  3. Na patelni rozgrzać kilka łyżek oliwy z oliwek, wrzucić cebulę oraz ziele angielskie, goździki i liście laurowe. Cebulę smażyć kilka minut do zeszklenia, dodane do niej przyprawy wyjąć i wrzucić.
  4. Do pojemnika blendera (lub innego miksującego urządzenia - ja to robiłam w Thermomixsie) przełożyć cebulę, ugotowaną kaszę jaglaną, soczewicę, wlać oliwę z oliwek, sos sojowy, dodać cząber, lubczyk, gałkę muszkatołową i majeranek. Zmiksować na gładką jednolitą masę. Konsystencja będzie półpłynna. 
  5. Dodać żurawinę i delikatnie wymieszać łyżką.
  6. Doprawić do smaku solą i pieprzem według uznania.
  7. Piekarnik nagrzać do 180 stopni (u mnie grzanie góra-dół). Piec około 40-45 minut. Wyjąć z piekarnika, poczekać aż się przestudzi i włożyć na całą noc do lodówki. 
  8. Rano wyjąć z keksówki i zajadać pyszny oraz zdrowy pasztecik na śniadanko ;-)

 






niedziela, 16 lutego 2014

Projekt: Malezja ^_^

Moje radosne swędzenie w brzuchu, które zawsze wywołane jest ekscytacją zwiększa się na sile z dnia na dzień, bo do naszego wyjazdu do Malezji zostały niecałe 2 tygodnie :D

Ustaliliśmy plan trasy, zebraliśmy potrzebne informacje i w tej chwili mapa prezentuje się tak:



Z niektórych miejsc, które początkowo planowaliśmy musieliśmy zrezygnować ze względu na brak czasu. Może kiedyś znowu znajdziemy się w Malezji i nadrobimy te braki ;-) 

W każdym z miejsc planujemy spędzać 1-3 dni, a na deser na kilka ostatnich dni zostawiamy sobie leżenie plackiem na wyspie :D

Pokrótce ma wyglądać to tak:

Zaczynamy od wylądowania w stolicy Malezji - Kuala Lumpur. Znaną wszystkim i najbardziej kojarzoną z KL wizytówką są wieże Petronasa i przyznaję, że nie mogę doczekać się, aż zobaczę tę budowlę na własne oczy ^^

Źródło: http://en.wikipedia.org/wiki/Petronas_Towers
 Bliźniacze wieże połączone podniebnym mostem liczą sobie prawie 452 metry wysokości, posiadają 88 pięter naziemnych i przez pewien okres czasu były najwyższymi budynkami na świecie. Teraz plasują się na piątym miejscu.

Źródło: http://infografika.pl/najwyzsze-budynki-swiata/

Zobaczenie Petronas Twin Towers to oczywiście nie jedyny punkt, który mamy na naszej liście rzeczy do zobaczenia w KL ;-) Są nimi także dzielnica chińska, indyjska, ogród hibiskusów czy meczet narodowy. Chcemy wybrać się też do oddalonych o około 16km od KL Batu Caves - jaskiń poświęconych bóstwom hinduskim. Podobno czai się tam gang małp - biorąc pod uwagę moje doświadczeni z Bali będę musiała się mieć na baczności :D

Batu Caves
Źródło: http://pl.forwallpaper.com/wallpaper/batu-cave-malaysia-940640.html
Z KL poprzez Ipoh chcemy dotrzeć do Cameron Highlands - rejonu znanemu z pięknych widoków w postaci plantacji herbaty. Ze względu na panujący tam idealny klimat pod uprawę pól herbacianych herbaty pochodzące z Cameron Highlands cenione są za swoje właściwości smakowe. Tereny są górzyste i podobno jest tam całkiem (jak na Malezję ^^) chłodno. Jako miłośnik herbat liściastych oraz stworzenie ciepłolubne zamierzam sprawdzić oba te fakty :P


Następnie chcemy spędzić kilka dni na wyspie Penang. Słynie ona z najlepszego w całej Malezji jedzenia (pomijając fakt, że na wielu stronach przeczytałam, że do Malezji warto wybrać się choćby dla samego jedzenia, a Penang jest miejscem najlepszym z najlepszych). Według rankingu Lonely Planet za 2013 Penang zajął pierwsze miejsce pod względem najlepszego jedzenia na świecie! :D

Uwielbiamy oglądać przygody Anthonego Bourdeina w programie ,,Bez rezerwacji". Poniżej odcinek przedstawiający wizytę Antka na Penangu ^_^


Na naszej kulinarnej liście rzeczy do spróbowania znajdują się m.in:

  • stuletnie jaja :D (tak, tak!! już drugi rok się na nie czaję!)
  • zupa Laksa
  • malezyjski deser Chendol
  • ciasteczka Kueh
  • curry na liściach bananowca 
i wiele innych :D
Stuletnie jaja
Źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Stuletnie_jaja
Deser Chendol
Źródło: http://photo.kenwooi.com/2011/04/famous-penang-chendol.html


Kształty ciasteczek Kueh
Źródło: http://shuhanlee.wordpress.com/know-your-kueh/


Jeżeli ktoś ma ochotę poczytać więcej o jedzonku na Penangu polecam wpis na blogu Zu in Asia (KLIK) prowadzonym przez Polkę mieszkającą w Malezji :-)

Na koniec pobytu planujemy wygrzewać nasze zadki na plaży na wyspie Perhentian Kecil i nurkować na rafach koralowych ^^

Źródło: http://frogandprincess.wordpress.com/tag/pulau-perhentian/
I to tyle. Mam nadzieję, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i po raz kolejny wrócimy z Azji w dobrych humorach i z pozytywnym nastawieniem do życia oraz pełni fantastycznych wrażeń, a także bogatsi o kolejne wspaniałe wspomnienia. Tego sobie życzę ;-)

Jeśli ktoś, kto to przeczyta był w Malezji, będzie mi miło jeśli w komentarzach podzieli się doświadczeniami.

sobota, 15 lutego 2014

Raj dla miłośników storczyków: National Orchid Garden w Singapurze

Witam w dzień po Walentynkach :-) Która z nas została obdarowana kwiatkami niech podniesie rękę ^_^
Jakie macie swoje ulubione kwiaty? Jednymi z moich ulubionych kwiatków wazonowych są żółte tulipany, bo jakoś nastrajają mnie optymistycznie. Na równi z nimi plasują się lile, bo uwielbiam ich zapach roznoszący się w domu. Mam też swoje ulubione kwiatki doniczkowe i bez dwóch zdań są nimi storczyki. Na moich parapetach stoi szereg dumnie prężących się orchidei w różnych kolorach i w różnych fazach rozwoju - od tych pączkujących poprzez te w pełnym rozkwicie do tych które zupełnie przekwitły i zostały z samymi liśćmi. 
Lubię storczyki dlatego, że po pierwsze podobają mi się ich ciekawie wyglądające ,,otwarte paszczki", po drugie kojarzą mi się z Azją Południowo-Wschodnią, a po trzecie...to jedyne kwiaty do których mam rękę i które nie zdychają mi po kilku miesiącach :D 



Kiedy byliśmy w Singapurze, jako miłośniczka storczyków nie mogłam odmówić sobie przyjemności pójścia do Singapurskich Ogrodów Botanicznych , które jak wiele rzeczy napotkanych w Singapurze zachwyciły nas swoim rozmachem (na wpis z wrażeniami z Singapuru zapraszam TUTAJ (KLIK) ).  

Do Ogrodów z łatwością można dojechać metrem - wysiada się na stacji o nazwie  Botanic Gardens, następnie strzałki kierują nas do właściwego wyjścia i po kilkunastu krokach pojawiamy się w bramie wejściowej do Ogrodów Botanicznych. Kolejną miłą rzeczą jest fakt, że część ogólna Ogrodów jest bezpłatna - można pójść tam na spacer czy poleniuchować na trawie w godzinach od 5 rano do północy i nie zapłacić za to ani jednego Dolara Singapurskiego. Dopiero niektóre części tematyczne Ogrodów są płatne. Za wejście do ,,Storczykarium" czyli National Orchid Garden zapłaciliśmy 5 SGD od osoby czyli jakieś 12,50zł (uczniowie i seniorzy płacą 1 SGD czyli około 2,50zł). 

Część wspólna ogrodów nie dość, że jest bardzo piękna to jeszcze bardzo rozległa. Znajduje się tam kilka jeziorek i tematycznie podzielone fragmenty jak np. część z lasami deszczowymi, dolina palmowa lub część wydzielona dla dzieci. Poniżej mapka:

Źródło: http://www.sbg.org.sg/images/VisitUs/Maps/SBGmap_f%2019%202%2013%20white%20bg%20.pdf



Część wspólna. W stawie pływały małe żółwiki

Palm Valley. Dolina Palmowa

Palm Valley. Dolina Palmowa
Chodząc po Ogrodzie czuliśmy się jak w dżungli. I to nie ze względu na konieczność przedzierania się przez zarośnięte chaszcze (to w końcu Singapur - wszystko było idealnie zadbane i przystrzyżone, a po drodze mijaliśmy armie ogrodników dbających o porządek w ogrodzie) lecz ze względu na morderczą wilgotność. Do tej pory twierdzę, że Singapur to najgorętsze i najbardziej wilgotne miejsce na Ziemi na jakim miałam przyjemność być ;-) (i wcale mi to nie przeszkadza, chociaż wszystko lepi się do człowieka niemiłosiernie ;D jestem gatunkiem ciepłus miłośnikus ;-) )

Kiedy po opłaceniu wstępu weszliśmy do Ogrodu Orchidei ogarnął mnie prawdziwy storczykowy zawrót głowy. Rosły tam storczyki jakie tylko można było sobie wymarzyć. Znalazłam informację, że znajduje się tam łącznie 60 tysięcy storczyków (!) - wliczając w to 400 różnych odmian oraz ponad 2000 hybryd. Orchidee o przeróżnych kształtach, kolorach i teksturach. Szare, żółte, różowe, fioletowe, o liściach wyglądających jak aksamit albo jak skóra. Biegałam jak szalona od krzaka do krzaka i starałam się odnaleźć odmiany, które znam lub posiadam na własnym parapecie ;-) 

W specjalnie wydzielonym pawilonie rosły także odmiany storczyków żyjące w klimatach górskich. Temperatura tam była dużo niższa, wewnątrz szumiały górskie potoki. Wszystko stworzone z niezwykłą starannością i pieczołowitością.
Pobyt w Ogrodzie umilały również pluskające fontanny, szum spadającej wody z wodospadów, oraz przechodzenie pod łukami oplatanymi przez kwiaty.

Jeżeli ktoś znajdzie się w Singapurze i jest miłośnikiem storczyków, polecam wybrać się do tego miejsca, bo moim zdaniem warto.

Zaraz przy wejściu na teren Ogrodu Orchidei miło szumiała taka fontanna.


Hybryda. Z chęcią przygarnęłabym taką roślinkę na swój parapet, bo lubię kolor żółty ^_^











,,Brama"


Szare storczyki w lawendowe ciapki



Pawilon przygotowany dla storczyków rosnących w górach ze stworzonym dużo chłodniejszym klimatem wewnątrz.

Storczykowe drzewo ;-)

Kto z Was lubi storczyki i hoduje je na swoim parapecie? ;-)