poniedziałek, 31 marca 2014

KL Bird Park i okolice

Miałam pisać posta w niedzielę, ale niestety lub stety poniósł mnie melanż i całą niedzielę przespałam ;-)

Dzisiaj chyba też jeszcze nie wszystkie szare komórki pracują u mnie tak jak trzeba więc w tym wpisie będzie dużo ładnych w moim mniemaniu obrazków, a nieco mniej treści. 

Chciałam opisać pewien obszar znajdujący się w Kuala Lumpur, który obfituje w liczne i warte zobaczenia obiekty. Jeśli ktoś zastanawia się, co zwiedzić w Kuala Lumpur może spokojnie spędzić w tej okolicy cały dzień.

Wysiedliśmy na stacji Pasar Seni i kierując się oznakowaniem >Masjid Negara< (Meczet Narodowy) poszliśmy nadziemnym przejściem w jego kierunku. Nie-muzułmanie mogą wchodzić do meczetu poza godzinami modlitw.  Zarówno mężczyźni jak i kobiety muszą założyć strój przypominający kąpielowe szlafroki, kobiety dodatkowo zasłaniają włosy. Z ciekawostek: na jednej z kolumn meczetu znaleźliśmy przyklejoną tabliczkę z informacją, że znajduje się tu darmowe wi-fi :D Po zdjęcia z meczetu zapraszam TUTAJ (KLIK)
Mniej więcej w połowie drogi do meczetu znaleźliśmy tabliczkę z mapką oznaczającą inne znajdujące się w okolicy obiekty. A jest ich niemało - poza meczetem narodowym znajdziemy: planetarium (z miniaturką Stonehenge :D ), kilka muzeów i galerii (m.in. Muzeum Sztuki Islamskiej, które odwiedziliśmy, a także...muzeum policji) oraz obszar zbiorczo nazwany KL Lake Gardens na którego terenie znajdziemy ogród hibiskusów i orchidei, park motyli, park jeleni (z uroczym myszo-jeleniem ;-) ) a także tytułowy KL Bird Park czyli park ptaków, który moim zdaniem warto zobaczyć.

Źródło: http://www.xcelhotelrajachulan.com/wp-content/uploads/2013/01/Kuala-Lumpur-Lake-Gardens-Park-3.jpg

Bilet wstępu do KL Bird Park kosztuje 48 RM (czyli 48zł) od osoby - sporo, ale według mnie warto. Na terenie parku znajduje się ponad 3000 ptaków z 200 różnych gatunków. Park jest największym na świecie tego typu obiektem, w którym większość ptaków swobodnie sobie chodzi i fruwa, a nie jest pozamykanych w klatkach (jednak nie wszystkie - niektóre mimo wszystko siedzą w klatkach). Wysoko nad parkiem zawieszona jest olbrzymia siatka (park zajmuje powierzchnię 20,9 akra). Możemy się więc przechadzać wśród pawi, czapli, flamingów i innych, których gatunków nie znam. Pierwszy raz w życiu miałam okazję zobaczyć tam słynnego hornbilla z niesamowitym, jakby podwójnym dziobem. Do tego tukany, kolorowe papugi i przeurocze sowy - nawet jeśli ktoś nie jest miłośnikiem ptaków z pewnością doceni to miejsce.
Park podzielony jest na 4 strefy w których znajdziemy inne gatunki ptaków. Poniżej mapka:


I fotorelacja z pobytu:

Tukan

Flaming








Hornbill




Gołąb ćwiczył karate

Jeszcze więcej flamingów

Paw

Paw

Paw






Na zakończenie kilka filmików :)

Tak hornbill atakował ławkę:


Toaleta flamingów:


środa, 26 marca 2014

Spotkajmy się w Kuala Lumpur! :) (najlepiej na tle wież Petronas Twin Towers)

    Kuala Lumpur, Kuala Lumpur, Kuala Lumpur. Kiedy byłam dzieckiem ta nazwa bardzo mnie śmieszyła, chociaż nie wiedziałam, gdzie to Kuala Lumpur właściwie jest. Tak samo jak Honolulu ;]

    Będąc dzieckiem nie wiedziałam, że w przyszłości przemierzę ponad 10 000 km i polecę do tego miasta o śmiesznej nazwie ;-)






    Po kilkunastogodzinnej podróży (lot Warszawa-Amsterdam trwający 2 godziny, następnie trzygodzinne oczekiwanie na lot do Kuala Lumpur trwający 12 godzin) lądujemy na płycie lotniska w KL, które wita nas ciemnymi chmurami i deszczem (potem okazało się, że ten deszcz był wybawieniem, ale o tym później).
Wymieniamy trochę waluty na malezyjskie Ringgity (1 RM to niecałe1zł)  i dzięki dobrze rozmieszonym znakom kierujemy się do windy, którą zjeżdżamy na stację metra. Wszędzie na lotnisko hula darmowe wi-fi więc ściągamy jeszcze szybko rozkład nitek metra. Wiemy, że mamy wysiąść na stacji Maharajalela, ale chwilkę musimy pogłówkować, żeby ustalić jak właściwie mamy jechać. Głównym węzłem przesiadkowym jest KL Sentral i tam właśnie musimy dojechać.  Widoczne na zdjęciu wykropkowane połączenia między stacjami oznaczają, że aby przesiąść się do innej nitki musimy jakby wyjść ze stacji i przejść się kawałeczek do następnej. Nie są to jednak jakieś szczególne duże odległości, a połączenia między stacjami często znajdowały się w nadziemnych przejściach. My z KL Sentral musieliśmy przejść do zielonej nitki (Monorail). Nie bardzo wiedzieliśmy w którą to ma być stronę, podpytaliśmy się więc pani sprzedającej bilety, która była bardzo miła i wszystko nam wyjaśniła. Potem jeszcze kilka razy musieliśmy upewniać się u pań i za każdym razem były bardzo miłe i sympatyczne - jeśli więc nie jesteśmy czegoś pewni warto się ich zapytać. Nam kilka razy zdarzyło się wyjść nie z tej strony co trzeba oraz nie mogliśmy znaleźć tego ,,wykropkowanego" połączenia do drugiej nitki - okazało się wtedy, że na stacji nie wyszliśmy z odpowiedniej strony w związku z czym musieliśmy przejść się kawałek chodnikiem i przedostać się do nadziemnego przejścia. W porównaniu z Singapurem metro jest trochę trudniejsze do ogarnięcia, ale po kilku wstępnych błędach z pomyleniem wyjść można się już połapać :)
Z węzła KL Sentral przeszliśmy do stacji Monorail - które okazało się być czymś w rodzaju skytrainu w Bangkoku. Wagonik jeździ po estakadzie nad ulicą i przejeżdżającymi samochodami. Przy zakrętach tory są wyprofilowane tak, aby przeciwdziałać sile odśrodkowej, co sprawia, że wagonik podczas zakręcania mocno się przechyla i można poczuć się jak w wesołym miasteczku.


      Zameldowanie w hotelu, prysznic, przebranie w krótkie spodenki i wracamy z powrotem do KL Sental na umówione spotkanie z Zuzią - Polką mieszkającą od półtora roku w KL, która prowadzi bloga Zu in Asia - bardzo gorąco polecam (!!!) - jeśli ktoś wybiera się do Malezji znajdzie na blogu wiele przydatnych wskazówek.
   Zu okazała się być prawdziwym wulkanem pozytywnej energii przy której momentalnie zapomnieliśmy o zmęczeniu i o tym, że kilkanaście ostatnich godzin spędziliśmy w samolotach i na lotniskach.  Na spotkanie przyprowadziła kolegę z pracy - Filipińczyka Sila, a chwilę później nadjechał Chińczyk Ben. Zrobiło się głośno i wesoło, a my wszyscy wpakowaliśmy się do narodowego malezyjskiego autka marki Proton należącego do Bena i pojechaliśmy na kolację w wydaniu indyjskim - na curry na liściach bananowca, gdzie zabawa polega na tym, że zamiast talerza otrzymuje się wielki liść bananowca, a zamiast sztućców ma się swoje palce ;-)

Curry na liściach bananowca

     Jest dużo śmiechu podczas jedzenia palcami, dużo komentowania smaków (bardzo smaczne i aromatyczne, a do tego chrupiące gorzkawe warzywo przypominające mini bakłażana). Dodatkowo wzięłyśmy do spółki z Zuzią kurczaka tandori z sosem miętowym - sos niesamowicie mi posmakował - nie wiedziałam, że mięta tak świetnie komponuje się z mięsem). Do tego zabawa ze zmieniającymi kolor dłońmi - mój niebieski lakier na paznokciach dzięki interakcji z kurkumą znajdującą się w curry zmienił odcień na zielono-żółto-niebieskie ombre :P
      Po kolacji pojechaliśmy do centrum handlowego na tajwański deser lodowy. Niestety desery były już zamknięte, ale nieopodal dalej znajdowało się stoisko z bubble tea - której picie stanowi dla mnie nieodłączny rytuał pobytu w Azji. Czekając na nasze herbaty przypadkiem spotkaliśmy kolejnych znajomych Zuzi...a potem jeszcze kolejnych - wszyscy byli bardzo sympatyczni i otwarci, kiedy usłyszeli że wybieramy się na Penang od razu na ich twarzach pojawiły się rozmarzone miny i zaczęli wymieniać nam, co koniecznie musimy spróbować podczas pobytu w Malezji.
Pochodzę z Wrocławia, które reklamuje się jako Wrocław miastem spotkań...tymczasem Kuala Lumpur to dopiero jest miasto spotkań! :) Przy każdym wieczorze z Zuzią kończyliśmy w międzynarodowej grupie składającej się z Chińczyków, Peruwiańczyka, Polaków i przesympatycznego Filipińczyka Sila ;-)

                                                                               ***

     Czas żeby w tym wpisie pojawiły się w końcu słynne wieże Petronas Twin Towers. Sami dopytywaliśmy się gdzie są wieże, bo nigdzie ich nie widać. KL jest jednak napakowane taką ilością innych wielkich budynków, że znane wszystkim wieże potrafią się za nimi schować. Niestety doszedł też czynnik atmosferyczny w postaci haze - dymu,  który nawiedził miasto i zalał je gęstą mgłą zakrywając tym samym błękitne niebo, a który spowodowany był wypalaniem lasów pod uprawy :/
Całe szczęście wspomniany przeze mnie wcześniej padający deszcz nieco załagodził sytuację i już następnego dnia mogliśmy cieszyć się ładniejszym niebem i pstryknąć nasze wymarzone fotki wież Petronasa:









     A jakie jest najlepsze miejsce, aby spotkać się w miłym towarzystwie i delektować się widokiem tychże wież? Wybrać się do Heli Lounge Bar do którego zabrała nas Zuzia! To fajniejsze niż widok z wieży telewizyjnej, a ceną biletu jest...kupienie sobie piwa czy drinka. Jeśli liczymy się ze swoim budżetem trzeba przyjść w godzinach happy hours, kiedy jest nieco taniej. My byliśmy o 18.00
Szybka winda (aż zatykają się uszy!) zawozi nas na 34 piętro budynku - tam znajduje się bar, który urządzony jest lotniczym stylu - jest kilka samolotowych foteli oraz wycięty z samolotu kawałek blachy. Jako miłośnicy chmielowego trunku kupujemy dużego Tigera (cena to 25RM czyli około 25 zł, pamiętajmy jednak, że Malezja to kraj muzułmański, alkohol jest drogi, a w TAKIM miejscu jeszcze droższy ;-) ale moim zdaniem warto - dla porównania - bilet na wieżę telewizyjną (KLIK) i tak będzie droższy i w dodatku będzie bez piwa ;-) ). Mając piwo w ręku udajemy się w kierunku czerwonej kurtyny i wychodzimy na coś w rodzaju niepozornej klatki schodowej...idziemy schodami w górę i nagle...wychodzimy na dach budynku na którym wcześniej znajdowało się lądowisko dla helikopterów i które nie jest ogrodzone ŻADNYMI barierkami czy zabezpieczeniami. Jest tylko wyrysowany żółty krąg i pan ochroniarz informuje nas, aby nie wychodzić za żółtą linię. Na lądowisku znajdują się małe stoliki i krzesełka. Zajmujemy jedne z nich i popijając zimne piwo, które nigdy nie smakowało tak wybornie delektujemy się rozmową oraz niesamowitym widokiem mając przed oczami panoramę Kuala Lumpur.

Wieża telewizyjna Menara


Petronas Twin Towers - zdjęcie robione z naszego stolika

Tutaj widać kawałek żółtego kręgu poza który proszono, aby nie wychodzić

Wieża telewizyjna z bliska - mieliśmy ją zaraz na przeciwko naszego stolika
 Tak jak wspomniałam wcześniej Zuzia jest wulkanem pozytywnej energii i można rozmawiać z nią godzinami nie martwiąc się, że zabraknie tematów do rozmów. Opowiada nam o życiu w KL i o swoich przygodach.
Nagle podchodzi do nas para mówiąca po Polsku i pyta czy możemy zrobić im zdjęcie. Przyglądają się Zuzi i nagle rozpoznają ją z jej bloga, bo to dzięki niemu trafili w to miejsce! Kuala Lumpur miastem spotkań - mówiłam!!! :D Dosiadają się do nas, a jako że są równie pozytywnie zakręceni czas mija nam na przyjemnych rozmowach o wszystkim :)
Na koniec wszyscy wygłupialiśmy się robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia siedząc ,,prowokacyjnie" ^_^ na żółtej linii :P i mając za plecami oświetlone wieże Petronasa.

W trosce o prywatność reszty biesiadników mają dorysowane zadowolone buzie :P

Tyle pozytywnych wrażeń, tyle poznanych nowych ludzi, a to wszystko za sprawą pewnej energicznej Polki :) Jeszcze raz dzięki!!!

niedziela, 23 marca 2014

13 faktów o krajach Azji Południowo-Wschodniej, o których być może nie widzieliście

 Tak mnie wzięło na taki luźniejszy wpis o zbiorze różnych luźnych faktów z którymi mieliśmy do czynienia podczas pobytu w kilku krajach Azji Południowo-Wschodniej - tj. w Singapurze, Malezji, Tajlandii, Indonezji oraz z mniejszym natężeniem w Kambodży. Niektóre będę powoływać poprzez pryzmat Malezji z racji tego, że kilka dni temu stamtąd wróciłam ;-) Kilka z nich może się przydać osobom wybierającym się do któregoś z wyżej wymienionych krajów(np. dlaczego warto nosić ze sobą chusteczki higieniczne), reszta stanowi po prostu zbiór różnych ciekawostek.

Zaczynamy:



  1. Uwielbienie swoich smartfonów.


    Wszyscy polubiliśmy smartfony. Jednak w Azji darzy się je szczególnym uwielbieniem. Posiadają je wszystkie grupy wiekowe, które na swoich telefonach grają w proste gierki, oglądają seriale, grzebią na fejsbuniu, piszą wiadomości i strzelają focie. Najbardziej rzucało się to w singapurskim metrze, gdzie każdy, dosłownie KAŻDY (łącznie z na oko 80-letnią babunią oglądającą telenowelę) zapatrzony był w swojego smarfona. W Malezji, Tajlandii czy Indonezji było podobnie, chociaż nie aż z takim natężeniem jak w Sinapurze ;-)
    Wydaje mi się, że nieco cierpią na tym kontakty społeczne, ponieważ bardzo częstym obrazkiem był widok czy to rodziny, pary czy grupy znajomych siedzących przy stole i zamiast wspólnych rozmów odbywało się indywidualne grzebanie w telefonie przez każdego z biesiadników.

    Źródło: http://www.wantchinatimes.com/news-subclass-cnt.aspx?id=20120130000011&cid=1103

  2. Samsung No.1


    Skoro wiemy już, że smartfony stanowią ważne miejsce w społeczeństwie należy powiedzieć, jaka marka wiedzie wśród nich prym. My uważamy że Samsung zdominował Azję Południowo-Wschodnią, a najbardziej pożądanym modelem jest teraz Samsung Galaxy S4. Najlepiej w kolorze białym. Sama mam ten model (polecam, po jest rzeczywiście świetny ;-) ) i wszędzie dookoła osaczana byłam przez wizerunek mojego telefonu. Reklamy w metrze, billboardy, plakaty, schody (idziesz po schodach, a każdy stopień uświadamia ci jak bardzo potrzebujesz tego telefonu). Kiedy dookoła ciebie znajduje się tyle ludzi bawiących się swoimi telefonami i robiących nimi zdjęcia mimowolnie widzisz, że trzymają ten właśnie model. Kiedy jakimś magicznym sposobem trzymają go jednak w kieszeni słyszysz samsungowe gwizdki czy dzwonki.

    Źródło: http://www.xbitlabs.com/news/mobile/display/20130321234000.html

  3. Selfie to podstawa. 


    Podobno lotnisko Suvarnabhumi w Bangkoku zajęło pierwsze miejsce na świecie pod względem liczby strzelonych tam sobie selfies :P W Tajlandii, Malezji, Singapurze czy Indonezji wszyscy kochają strzelać sobie selfies, a spora liczba turystów z Chin, Korei czy Japonii intensywnie podnosi statystyki ;-)
    To co rzucało nam się w oczy - kiedy docieraliśmy w jakieś miejsce - czy to wysiadaliśmy z pociągu, autobusu czy łódki, pierwsze co robiliśmy to rozglądaliśmy się dookoła, dzieliliśmy się między sobą pierwszym wrażeniem itd....co robili Azjaci? Robili sobie samostrzelkę! :D


  4. Gadżety do smartfonów.


    Masz swojego smartfona - musisz go odpowiednio ubrać. Są sklepy sprzedające jedynie case'y i inne gadżety do telefonów. Jeżeli chodzi o wspomniane inne gadżety to w Malezji zauważyliśmy modę na ,,wysięgniki" do telefonów, takie jak przy kamerkach Go Pro - służą oczywiście do bardziej precyzyjnych zdjęć typu selfie oraz selfies grupowych :D  A wiecie jak się nazywają? Nie inaczej jak SELFIE STICK! Jeśli idzie o ubranka dla telefonów to wybór jest naprawdę ogromny. Oczywiście prym wiodą ozdoby z motywem Hello Kitty, Totoro czy...Minionków :) Mój telefon też wrócił z Malezji z nowym ubrankiem...nie innym niż także z Hello Kitty :P Chociaż i wcześniej telefonik nie był goły, bo ocieplało go silikonowe Hello Kitty z Singapuru :P ;]


    O taki sobie wybrałam. Duma i zadowolenie wypisane na twarzy :P
                                     
    Źródło: http://www.kogan.com/au/buy/zuckerberg-selfie-stick-designed-facebook-instagram/
    Źródło: http://randommization.com/2013/01/23/ramen-bowl-includes-a-smartphone-holder/
  5. Rzeźbienie w ananasie.


    W Tajlandii czy Malezji niemalże na każdym kroku można kupić pyszne słodkie, soczyste i świeże owoce. W tym także ananasy. Podoba nam się artystyczna metoda obierania ananasa. W Polsce najczęściej ścina się grubą warstwę ananasowej skóry i tyle. Tam natomiast ścina się jedynie cienką warstwę skóry i w owocu pozostają ,,włókniaste kółeczka", które rozmieszczone są na owocu w skośnym układzie. Za pomocą noża wycina się je tworząc skośne ozdobne rowki. Wygląda to tak:

    Źródło: http://blog.junbelen.com/2010/03/10/how-to-peel-and-cut-a-fresh-pineapple/

    Źródło: http://blog.junbelen.com/2010/03/10/how-to-peel-and-cut-a-fresh-pineapple/

    Źródło: http://blog.junbelen.com/2010/03/10/how-to-peel-and-cut-a-fresh-pineapple/
  6. Hello Kitty dla wszystkich grup wiekowych.


     Jeszcze raz w temacie Hello Kitty. Wszyscy wiedzą, że 99,9% Azjatów z Dalekiego Wschodu uwielbia Hello Kitty i dotyczy to wszystkich grup wiekowych. Poznaliśmy Tajkę, która mogłaby być moją mamą (miała córkę z tego samego rocznika co ja ;-) ) i jej tablet Samsunga odziany był w stylowy pokrowiec z motywem uroczego kociaka. W wielu centrach handlowych znajdziemy sklepy sprzedające tylko i wyłącznie produkty z motywem Hello Kitty :D



  7. Wybielanie, wybielanie, wybielanie.




    W Polsce jeśli chodzi o efekty wybielające najczęściej stykami się z pastami do zębów. W Azji znajdziemy wiele produktów oferujących właściwości wybielające.

    Wśród nich znajdziemy:

    • wybielające pachy dezodoranty w kulce
    • wybielające żele pod prysznic (w Tajlandii nie mogliśmy znaleźć ,,normalnego" żelu bez efektu wybielania - baliśmy się, że zejdzie nam opalenizna ;-) :P )
    • kremy wybielające sutki
    • kremy wybielające do miejsc intymnych
    • oraz całą rzeszę kremów wybielających do twarzy. Niektóre są stricte przeznaczone do wybielania twarzy, inne efekt wybielenia oferują jako jedną z właściwości produktu. Przykładowo krem BB Bio-Essence Platinum, który kupiłam sobie w Malezji wśród 10 właściwości opisanych przez producenta posiada także działanie wybielające twarz.


      Spotykam się z opiniami w stylu: ,,głupi ludzie, dlaczego chcą się wybielać?" A dlaczego my chcemy się opalać? (pomijam już dlaczego blondynki chcą być brunetkami a brunetki blondynkami itd. ;) )  Oni mają  piekące słońce 365 dni w roku. My niekoniecznie. Unikają go, bo gdyby tego nie robili cera 30 latki wyglądałaby jak u 50latki. Natomiast temat wybielania zasługuje na odrębny wpis, dlatego nie będę tego teraz rozwijać.

  8. Brak dress code'u



    Z racji klimatu w Azji Południowo-Wschodniej pracownicy biurowi ubierają się bardziej na luzie. Gdyby do pracy chodzono w garniturach czy garsonkach każdy zanim do biura by dotarł mógłby się totalnie zapocić i zasłabnąć z gorąca. Poza tym liczy się efektywność, a nie ubiór. Dlatego do pracy można chodzić w klapkach, balerinkach, odsłoniętych nogach, t-shirtach czy lekkich sukienkach.
  9. Przekręcona klima


    Ktoś by powiedział, że skoro w Azji Południowo-Wschodniej jest tak gorąco to nikt się tam nie przeziębia. Jednakże wystarczy wejść do taksówki, wagonu metra, sklepu sieci 7 eleven, centrum handlowego czy na salę kinową i poczuć się jakby się weszło do lodówki. Tam klima hula z całą mocą, a kiedy na dworze jest +38 stopni, a w sklepie po wejściu z takiego upału temperatura odczuwalna wynosi jakieś 10 stopni łatwo o przeziębienie. Dlatego jeśli wiem, że spędzę więcej czasu w jakichś klimatyzowanych miejscach typu lot krajowym samolotem, sala kinowa, jazda autobusem z jednego miasta do drugiego czy sala kinowa zawsze mam przy sobie sweter.

  10. Czerwona fasola w deserach

    Kiedy po raz pierwszy byłam w Tajlandii dałam się nabrać. Jechaliśmy gdzieś, zatrzymaliśmy się na stacji benzynowej, a ja byłam trochę głodna i miałam ochotę na coś słodkiego. Zobaczyłam bułeczkę w stylu rogalika 7days z obrazkiem przedstawiającym apetycznie wypływającą czekoladę. Tylko że kiedy ją kupiłam i ugryzłam okazało się, że to nie była czekolada. Tylko słodka fasola. Zapamiętajcie: jeśli w Azji Południowo-Wschodniej coś wygląda jak czekolada, to jest to zapewne pasta ze słodkiej fasoli adzuki! Dodaje się ją do deserów na zimno, do bułeczek bak pao, do herbaty bubble tea, do smażonych w oleju pączków oraz do zapakowanych gotowców w stylu mojego a la 7daysa z domniemaną czekoladą ;-)



  11. Łyżką i widelcem. Pałeczkami i łyżką.


    Ten fakt może wam się przydać. W krajach Azji Południowo-Wchodniej je się łyżką a nie widelcem. Widelec służy jako nóż. Jedzenie za pomocą widelca to popełnianie faux pas - to tak jakby w Europie nadziewać coś na nóż i wkładać sobie do ust ;-) Bokiem widelca możemy rozdrabniać elementy potrawy na drobniejsze kawałeczki (chociaż zazwyczaj mięso jest już pokrojone) albo obierać pałkę kurczaka.
    Jeśli jemy różne warianty curry, ,,zeskrobujemy" widelcem na łyżkę odrobinę ryżu (ryż jest uformowany w kupkę na oddzielnym talerzyku), następnie za pomocą widelca z potrawki wybieramy sobie kąski które nas interesują (np. mięso, kawałek jakiegoś warzywa) i nakładamy na łyżkę, którą zamaczamy w curry, aby zalać wszystko płynem i tak przygotowaną porcyjkę wkładamy sobie do buzi.
    Do jedzenia zupy dostaniemy pałeczki i łyżkę. I analogicznie - pałeczkami wybieramy sobie interesujące nas kąski, nakładamy na łyżkę i zamaczamy wszystko w bulionie, a następnie ze smakiem zajadamy.

    Aaaaa mniam mniam. Malezja.
    Aaaa mniam mniam. Tajlandia.

                                
  12. Durian królem owoców. Serio serio.



    Śmierdziel durian o którym pisałam TUTAJ (KLIK) jest naprawdę uwielbiamy w krajach Azji Południowo-Wchodniej. Oni go autentycznie kochają  i robią z niego masę produktów. Co więcej - jest im przykro, że my duriana nie lubimy. W Kuala Lumpur mieliśmy przyjemność poznać pewną Chinkę. Opowiadałam jej, że owszem próbowałam duriana oraz co więcej - że  udało nam się go znaleźć w Europie w Berlinie.
    - I jak posmakował ci? - zapytała z głęboką nadzieją w głosie.
    - Niestety nie. - odpowiedziałam ze wstydem - Dla mnie smakował jak kremowy ser ze smażoną cebulą.
    - Szkoda. - odpowiedziała ze smutkiem. - Ja go bardzo lubię i nigdy nie poznałam żadnego Europejczyka, któremu durian by posmakował.

    ...no cóż - szukajcie a znajdziecie - z pewnością są i w Europie miłośnicy duriana :) Ja do nich nie należę, chociaż nie ukrywam, że ten owoc wzbudza u mnie głęboką fascynację. W tym roku skusiłam się na lody o smaku duriana. Zjadłam całe...a potem odbijało mi się smażoną cebulą :P

    Mnogość produktów z durianem

    Lody o smaku duriana ;) ...ble... :D
  13. Prysznic w toalecie...



Zastanawiałam się czy w ogóle poruszać ten temat :D Bo związany jest z wizytami w toalecie, a nie każdy lubi o tym mówić ;] W Azji Południowo-Wschodniej je się dość ostro (a w Tajlandii bardzo ostro ^_^)...Kiedy jesteśmy w toalecie czy to hotelowej, czy na stacji benzynowej, na lotnisku, restauracji itd. w toalecie przeważnie znajdziemy papier toaletowy....(przeważnie - chociaż nie zawsze - w mniej turystycznych miejscach papieru może nie być- dlatego warto nosić ze sobą chusteczki higieniczne). To co ma większą obecność niż papier toaletowy, bo jest zawsze i wszędzie  to zamontowany koło sedesu wężyk z malutkim prysznicem. Wężyk w połączeniu z muszlą pełni więc funkcję bidetu. Połączcie sobie to z ostrym jedzeniem, ja nie będę tego tematu rozwijać... :D

W toalecie w Kambodży była nawet instrukcja mówiąca, że tego mini prysznica NIE NALEŻY używać do mycia głowy czy opłukiwania nóg :D ^_^


Co o tym myślicie? Coś Was rozśmieszyło? Zaciekawiło? Zdziwiło?