środa, 26 marca 2014

Spotkajmy się w Kuala Lumpur! :) (najlepiej na tle wież Petronas Twin Towers)

    Kuala Lumpur, Kuala Lumpur, Kuala Lumpur. Kiedy byłam dzieckiem ta nazwa bardzo mnie śmieszyła, chociaż nie wiedziałam, gdzie to Kuala Lumpur właściwie jest. Tak samo jak Honolulu ;]

    Będąc dzieckiem nie wiedziałam, że w przyszłości przemierzę ponad 10 000 km i polecę do tego miasta o śmiesznej nazwie ;-)






    Po kilkunastogodzinnej podróży (lot Warszawa-Amsterdam trwający 2 godziny, następnie trzygodzinne oczekiwanie na lot do Kuala Lumpur trwający 12 godzin) lądujemy na płycie lotniska w KL, które wita nas ciemnymi chmurami i deszczem (potem okazało się, że ten deszcz był wybawieniem, ale o tym później).
Wymieniamy trochę waluty na malezyjskie Ringgity (1 RM to niecałe1zł)  i dzięki dobrze rozmieszonym znakom kierujemy się do windy, którą zjeżdżamy na stację metra. Wszędzie na lotnisko hula darmowe wi-fi więc ściągamy jeszcze szybko rozkład nitek metra. Wiemy, że mamy wysiąść na stacji Maharajalela, ale chwilkę musimy pogłówkować, żeby ustalić jak właściwie mamy jechać. Głównym węzłem przesiadkowym jest KL Sentral i tam właśnie musimy dojechać.  Widoczne na zdjęciu wykropkowane połączenia między stacjami oznaczają, że aby przesiąść się do innej nitki musimy jakby wyjść ze stacji i przejść się kawałeczek do następnej. Nie są to jednak jakieś szczególne duże odległości, a połączenia między stacjami często znajdowały się w nadziemnych przejściach. My z KL Sentral musieliśmy przejść do zielonej nitki (Monorail). Nie bardzo wiedzieliśmy w którą to ma być stronę, podpytaliśmy się więc pani sprzedającej bilety, która była bardzo miła i wszystko nam wyjaśniła. Potem jeszcze kilka razy musieliśmy upewniać się u pań i za każdym razem były bardzo miłe i sympatyczne - jeśli więc nie jesteśmy czegoś pewni warto się ich zapytać. Nam kilka razy zdarzyło się wyjść nie z tej strony co trzeba oraz nie mogliśmy znaleźć tego ,,wykropkowanego" połączenia do drugiej nitki - okazało się wtedy, że na stacji nie wyszliśmy z odpowiedniej strony w związku z czym musieliśmy przejść się kawałek chodnikiem i przedostać się do nadziemnego przejścia. W porównaniu z Singapurem metro jest trochę trudniejsze do ogarnięcia, ale po kilku wstępnych błędach z pomyleniem wyjść można się już połapać :)
Z węzła KL Sentral przeszliśmy do stacji Monorail - które okazało się być czymś w rodzaju skytrainu w Bangkoku. Wagonik jeździ po estakadzie nad ulicą i przejeżdżającymi samochodami. Przy zakrętach tory są wyprofilowane tak, aby przeciwdziałać sile odśrodkowej, co sprawia, że wagonik podczas zakręcania mocno się przechyla i można poczuć się jak w wesołym miasteczku.


      Zameldowanie w hotelu, prysznic, przebranie w krótkie spodenki i wracamy z powrotem do KL Sental na umówione spotkanie z Zuzią - Polką mieszkającą od półtora roku w KL, która prowadzi bloga Zu in Asia - bardzo gorąco polecam (!!!) - jeśli ktoś wybiera się do Malezji znajdzie na blogu wiele przydatnych wskazówek.
   Zu okazała się być prawdziwym wulkanem pozytywnej energii przy której momentalnie zapomnieliśmy o zmęczeniu i o tym, że kilkanaście ostatnich godzin spędziliśmy w samolotach i na lotniskach.  Na spotkanie przyprowadziła kolegę z pracy - Filipińczyka Sila, a chwilę później nadjechał Chińczyk Ben. Zrobiło się głośno i wesoło, a my wszyscy wpakowaliśmy się do narodowego malezyjskiego autka marki Proton należącego do Bena i pojechaliśmy na kolację w wydaniu indyjskim - na curry na liściach bananowca, gdzie zabawa polega na tym, że zamiast talerza otrzymuje się wielki liść bananowca, a zamiast sztućców ma się swoje palce ;-)

Curry na liściach bananowca

     Jest dużo śmiechu podczas jedzenia palcami, dużo komentowania smaków (bardzo smaczne i aromatyczne, a do tego chrupiące gorzkawe warzywo przypominające mini bakłażana). Dodatkowo wzięłyśmy do spółki z Zuzią kurczaka tandori z sosem miętowym - sos niesamowicie mi posmakował - nie wiedziałam, że mięta tak świetnie komponuje się z mięsem). Do tego zabawa ze zmieniającymi kolor dłońmi - mój niebieski lakier na paznokciach dzięki interakcji z kurkumą znajdującą się w curry zmienił odcień na zielono-żółto-niebieskie ombre :P
      Po kolacji pojechaliśmy do centrum handlowego na tajwański deser lodowy. Niestety desery były już zamknięte, ale nieopodal dalej znajdowało się stoisko z bubble tea - której picie stanowi dla mnie nieodłączny rytuał pobytu w Azji. Czekając na nasze herbaty przypadkiem spotkaliśmy kolejnych znajomych Zuzi...a potem jeszcze kolejnych - wszyscy byli bardzo sympatyczni i otwarci, kiedy usłyszeli że wybieramy się na Penang od razu na ich twarzach pojawiły się rozmarzone miny i zaczęli wymieniać nam, co koniecznie musimy spróbować podczas pobytu w Malezji.
Pochodzę z Wrocławia, które reklamuje się jako Wrocław miastem spotkań...tymczasem Kuala Lumpur to dopiero jest miasto spotkań! :) Przy każdym wieczorze z Zuzią kończyliśmy w międzynarodowej grupie składającej się z Chińczyków, Peruwiańczyka, Polaków i przesympatycznego Filipińczyka Sila ;-)

                                                                               ***

     Czas żeby w tym wpisie pojawiły się w końcu słynne wieże Petronas Twin Towers. Sami dopytywaliśmy się gdzie są wieże, bo nigdzie ich nie widać. KL jest jednak napakowane taką ilością innych wielkich budynków, że znane wszystkim wieże potrafią się za nimi schować. Niestety doszedł też czynnik atmosferyczny w postaci haze - dymu,  który nawiedził miasto i zalał je gęstą mgłą zakrywając tym samym błękitne niebo, a który spowodowany był wypalaniem lasów pod uprawy :/
Całe szczęście wspomniany przeze mnie wcześniej padający deszcz nieco załagodził sytuację i już następnego dnia mogliśmy cieszyć się ładniejszym niebem i pstryknąć nasze wymarzone fotki wież Petronasa:









     A jakie jest najlepsze miejsce, aby spotkać się w miłym towarzystwie i delektować się widokiem tychże wież? Wybrać się do Heli Lounge Bar do którego zabrała nas Zuzia! To fajniejsze niż widok z wieży telewizyjnej, a ceną biletu jest...kupienie sobie piwa czy drinka. Jeśli liczymy się ze swoim budżetem trzeba przyjść w godzinach happy hours, kiedy jest nieco taniej. My byliśmy o 18.00
Szybka winda (aż zatykają się uszy!) zawozi nas na 34 piętro budynku - tam znajduje się bar, który urządzony jest lotniczym stylu - jest kilka samolotowych foteli oraz wycięty z samolotu kawałek blachy. Jako miłośnicy chmielowego trunku kupujemy dużego Tigera (cena to 25RM czyli około 25 zł, pamiętajmy jednak, że Malezja to kraj muzułmański, alkohol jest drogi, a w TAKIM miejscu jeszcze droższy ;-) ale moim zdaniem warto - dla porównania - bilet na wieżę telewizyjną (KLIK) i tak będzie droższy i w dodatku będzie bez piwa ;-) ). Mając piwo w ręku udajemy się w kierunku czerwonej kurtyny i wychodzimy na coś w rodzaju niepozornej klatki schodowej...idziemy schodami w górę i nagle...wychodzimy na dach budynku na którym wcześniej znajdowało się lądowisko dla helikopterów i które nie jest ogrodzone ŻADNYMI barierkami czy zabezpieczeniami. Jest tylko wyrysowany żółty krąg i pan ochroniarz informuje nas, aby nie wychodzić za żółtą linię. Na lądowisku znajdują się małe stoliki i krzesełka. Zajmujemy jedne z nich i popijając zimne piwo, które nigdy nie smakowało tak wybornie delektujemy się rozmową oraz niesamowitym widokiem mając przed oczami panoramę Kuala Lumpur.

Wieża telewizyjna Menara


Petronas Twin Towers - zdjęcie robione z naszego stolika

Tutaj widać kawałek żółtego kręgu poza który proszono, aby nie wychodzić

Wieża telewizyjna z bliska - mieliśmy ją zaraz na przeciwko naszego stolika
 Tak jak wspomniałam wcześniej Zuzia jest wulkanem pozytywnej energii i można rozmawiać z nią godzinami nie martwiąc się, że zabraknie tematów do rozmów. Opowiada nam o życiu w KL i o swoich przygodach.
Nagle podchodzi do nas para mówiąca po Polsku i pyta czy możemy zrobić im zdjęcie. Przyglądają się Zuzi i nagle rozpoznają ją z jej bloga, bo to dzięki niemu trafili w to miejsce! Kuala Lumpur miastem spotkań - mówiłam!!! :D Dosiadają się do nas, a jako że są równie pozytywnie zakręceni czas mija nam na przyjemnych rozmowach o wszystkim :)
Na koniec wszyscy wygłupialiśmy się robiąc sobie pamiątkowe zdjęcia siedząc ,,prowokacyjnie" ^_^ na żółtej linii :P i mając za plecami oświetlone wieże Petronasa.

W trosce o prywatność reszty biesiadników mają dorysowane zadowolone buzie :P

Tyle pozytywnych wrażeń, tyle poznanych nowych ludzi, a to wszystko za sprawą pewnej energicznej Polki :) Jeszcze raz dzięki!!!

4 komentarze:

  1. Cała przyjemność po mojej stronie! Mega się cieszę że macie takie dobre wspomnienia z KL! I zapraszam ponownie, bardzo chętnie zabiorę was w inne miejsca (niektóre równie tajemnicze jak Helipad, haha!). Ściskam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To my dziękujemy ( po raz kolejny :P ) Oj mamy nadzieję, że wrócimy jeszcze do KL i zobaczymy kolejne części składowe Malezji :D Buziaki! :)

      Usuń
  2. Super przygoda!:) i wspaniałe zdjęcia :) czekam na więcej :p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będzie więcej będzie ^_^ Tak strasznie chcę o wszystkim pisać, że muszę to jakoś sensownie rozdzielić, żeby posty nie był długości książek S. Kinga ;-) (którego bardzo cenię, za to że pisze takie kobyłki, bo starcza mi lektury na dłużej ^_^ )

      Usuń