niedziela, 27 kwietnia 2014

Kek Lok Si - tak kiczowata...że aż ładna

Kek Lok Si to największa świątynia buddyjska w Azji Południowo-Wschodniej. Znajduje się na wzgórzu w mieście Air Itam na wyspie Penang w Malezji.
Do świątyni pojechaliśmy autobusem z węzła Komtar (przystanek znajduje się w pobliżu centrum handlowego o tej samej nazwie i zatrzymuje się tutaj wiele autobusów - taki swoisty węzeł przesiadkowy). Ogólnie w przeciwieństwie do Bangkoku czy Kuala Lumpur po Penang bardzo łatwo jeździło się autobusami i kiedy przemieszczaliśmy się z miejsca na miejsce korzystaliśmy właśnie z tej formy transportu. W większości przy przystankach autobusowych znajdowały się małe mapki z obrazkami przedstawiającymi warte do zobaczenia atrakcje, do których prowadziły kreseczki z wypisanymi numerami autobusów, które w ich okolicach kursują. Do tego znajdowały się tabliczki z rozkładami jazdy. Wszystko więc bardzo łatwe do ogarnięcia, bez konieczności szukania pomocy u przechodniów, kierowcy autobusu czy osób siedzących na przystanku. 
Autobusy zatrzymują się na żądanie, kiedy więc zobaczymy autobus z naszym numerem trzeba w jakiś sposób dać znać kierowcy że właśnie do niego chce się wsiąść. Bilety kupuje się u kierowcy. Po wejściu mówimy, gdzie chcemy jechać, a ten informuje nas, ile to będzie kosztowało i wręcza bilety (ceny najlepiej sprawdzić wcześniej na http://www.rapidpg.com.my/ aby nikt nas nie oszukał :P ) Odliczoną kwotę należy wrzucić do skrzyneczki znajdującej się przy kierowcy.  
Jako że przeważnie w trakcie wyjazdów zawsze zostawiam ,,na pamiątkę" wszelkie możliwe bilety wstępu i ulotki (i zwykle po kilku latach, kiedy już nabiorą mocy urzędowej je wyrzucam :P ) uchowały mi się dwa bilety z przejazdów autobusami ;]

Ceny uzależnione są od ilości przejechanych kilometrów. W internecie znajduje się strona z trasami, cenami biletów itd. -  http://www.rapidpg.com.my/ ,wybieramy zakładkę Journey Planner i mamy wszystkie potrzebne nam informacje.
O to czy wysiądziemy na właściwym przystanku nie trzeba się martwić, bo kierowcy za każdym razem mówili nam, że to nasz przystanek nawet jeśli ich o to nie pytaliśmy, bo jechaliśmy z włączonym GPSem w komórce ;-) 

Drogi do świątyni nie można nie zauważyć, bo oprócz tego że prowadzą do niej wypisane znaki to jeszcze szereg kramów. To było jedyne odwiedzone przez nas miejsce w Malezji w którym sprzedawcy nas zaczepiali, chociaż nie robili tego w irytujący i nachalny sposób tylko grzecznie, spokojnie i jakoś tak do przeżycia. W każdym razie nie miałam chęci ucieknięcia od nich z krzykiem. Jako ciekawostkę napiszę, że przy kramach częstym widokiem były....sztuczne kupki - Chińczycy wierzą, że to podobno na szczęście.
Poza kupkami kramy sprzedawały niemalże wszystko - picie, jedzenie, buty, miski, zabawki, wachlarze, zastawę stołową, figurki, biżuterię i całą rzeszę innych rzeczy, których nie pamiętam ;-)

Kiedy przebrniemy przez wszystkie kramy dochodzimy do sadzawki w której pływa olbrzymia ilość żółwi o przeróżnych wielkościach. U sprzedawcy znajdującego się w pobliżu możemy kupić zielsko do ich nakarmienia.

Wstęp do świątyni jest bezpłatny jednak pobierane są dwie dodatkowe opłaty:

- jeżeli chcemy wejść na teren w którym znajduje się pagoda płacimy 2 RM od osoby
-jeżeli chcemy  pojechać windą (która w zasadzie bardziej przypomina wagonik poruszającym się po zboczu wzgórza) na wyższą kondygnację płacimy 6RM od osoby za bilet w dwie strony

My odwiedziliśmy obie te dodatkowo płatne atrakcje i uważamy że warto zapłacić 8RM za wszystko (około 8zł).

W świątyni praktykowany jest buddyzm odmiany Mahayana, ale także tradycyjne chińskie rytuały, które mieszają się w harmonijną całość, co odzwierciedla zarówno architektura świątyni jak i całe jej otoczenie. Wspomniana wcześniej dodatkowo płatna pagoda łączy w sobie chińską ośmioboczną podstawę (osoby urządzające wnętrza według  feng shui na pewno znają ośmiokąt pa kua), warstwa środkowa wykonana jest w stylu tajskim, natomiast korona kojarzy się ze świątyniami znajdującymi się w Birmie. W sumie więc w świątyni znajdziemy także elementy z buddyzmu odmiany Theravada, który wyznawany jest.m.in właśnie w Tajlandii i Birmie.
Poza elementami religijnymi doszukamy się w świątyni...masy kiczu, plastiku, kolorowych światełek i przeogromną ilość roślinności. To była najbardziej zielona i najbardziej kiczowata świątynia w jakiej miałam okazję być....jednak w tym swoim kiczu była...ładna ;-) Mnóstwo plastikowych świecących lampek w kształcie kwiatuszków, choinek czy węży świetlnych, przeróżne figurki (dominowały koniki, bo w końcu 2014 jest rokiem konia) a nawet wykonane z kamienia pieski czy myszki :D
Dodatkowo ogromne ilości kolorowych kwiatów oraz rosnące na stalowych rusztowaniach małe dynie i wszędobylskie chińskie lampiony. Do tego zapach palących się kadzideł przyjemnie drażniący nozdrza.  

Zobaczcie sami: 


Staw z żółwiami przy wejściu

Urokliwe chińskie lampiony


Na zdjęciu poniżej Ściana Tysiąca Budd - w tym pomieszczeniu we wszystkich ścianach znajdowały się wgłębienia w którym umieszczone były figurki Buddy. Nie robiliśmy zdjęć z bliska, ponieważ na ścianie znajdowała się informacja z prośbą, aby nie fotografować, którą chcieliśmy uszanować. Mamy więc zdjęcie robione z zewnątrz.

Znajdująca się z lewej kolorowa konstrukcja przypominająca drzewo  to coś co nazwaliśmy ,,drzewkiem życzeń". Przy ścianie znajdowały się przegródki w których były właśnie takie kolorowe szarfy z przeróżnymi napisami: >zdrowie dla mnie i mojej rodziny<, >znalezienie żony/męża<, >dobre oceny w szkole<, >spełnianie marzeń< itd. Można było na takiej szarfie z życzeniem napisać swoje imię (Chińczycy pisali też chyba coś jeszcze, bo krzaczków było dosyć sporo ;-) ) i zawiesić na drzewku.



Widoczna na zdjęciu środkowa (wykonana w stylu tajskim) i górna (wykonana w stylu birmańskim) część pagody







Wizerunek Buddy przedstawiony inaczej niż te, które znam z Tajlandii. Ten Budda jest zadowolonym i uśmiechniętym grubaskiem

Uwielbiam widok dziesiątek chińskich lampionów zawieszonych jeden obok drugiego.


Ozdobne misy na kadzidła

Uwielbiam zapach buddyjskich świątyń wywołany setkami palących się kadzideł

Zdjęcia z górnej kondygnacji na którą wjechaliśmy windą (będącą w zasadzie swojego rodzaju wagonikiem):

Panorama Penangu

 Po bokach znajdowały się posągi przedstawiające chińskie znaki Zodiaku. Na zdjęciu poniżej widoczna jest świnka i wąż.

Znowu kadzidła oraz lampiony





Na zdjęciu poniżej dokładnie takie same szarfy z prośbami i życzeniami jak przy zdjęciu przedstawiającym ,,drzewko życzeń" . Przed barierkami figurki miśków XD



Wykonana z brązu 30metrowa statua bogini Kuan Yin- główną postacią chińskiego panteonu buddyjskiego (źródłoWikipedia)

 




Z lewej plastikowe drzewko świecące na różne kolory :D







Komu bije dzwon?...


Dyńki podwieszone na stalowych stelażach. Za mną postać konika :D

 Te wiszące dynie przeróżnych rozmiarów, gatunków i kolorów wyglądały bardzo urokliwie. Wrzucam zdjęcie panoramiczne w dużym formacie, aby bliżej się im przyjrzeć
:

Kwiat lotosu, nieodłączny element świątyń buddyjskich







Przyznacie sami, że w świątyni jest wszystkiego bardzo bardzo dużo, ale według mnie ma to swój urok.

Po wyjściu z Kek Lok Si poszliśmy zjeść słynną zupę Penang Assam Laksa nad którą zachwycałam się we wpisie o jedzeniu na Penang - można o niej przeczytać TUTAJ (KLIK) 

2 komentarze:

  1. Rzeczywiscie duzo tego...ale mi bardzo sie podoba:-)lampiony uwielbiam, a jeszcze w takiej ilosci robia niesamowite wrazenie.Pozdrawiam:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wprowadzają jakąś taką magiczną atmosferę i klimat Dalekiego Wschodu - za to je lubię :-) Pozdrawiam serdecznie :)

      Usuń