środa, 9 kwietnia 2014

Penang nie tylko jedzeniem stoi

Kiedy nasyciliśmy nasze oczy widokami zastanymi w Cameron Highlands kupiliśmy bilet na autobus mający zabrać nas na wyspę Penang - miejsce zajmujące ważną pozycję w rankingach obejmujących kwestie najlepszego jedzenia na świecie (np. w rankingu CNN 50 najpyszniejszych potraw na świecie zupa Penang Asam Laksa zajęła siódme miejsce - ranking CNN znajduje się TUTAJ (KLIK) , a Lonely Planet przyznało Penangowi pierwsze miejsce jeśli idzie o najlepsze jedzenie na świecie - artykuł  tutaj (KLIK)oraz inny artykuł tutaj (KLIK)) Nic więc dziwnego, że Penang często nazywany jest Perłą Orientu.

Rano buszowaliśmy jeszcze po plantacjach z herbatą, a o 14.30 wsiedliśmy do ostatniego autobusu na Penang (odjeżdżały 2 razy dziennie, nasz bilet kosztował 28 RM od osoby, autobus o kryptonimie standard 2x2 :P).
W przeciwieństwie do ostatniego autobusu, którym jechaliśmy, ten najlepsze lata miał już za sobą ;-)  To co mogło zostać w nim pourywane w dużej mierze takie właśnie było (firanki, podłokietniki, plecione siatki przy siedzeniach itp.). Wszystko w nim trzeszczało i piszczało, przy każdym ruszaniu kaszlał i rzęził niemiłosiernie, a podczas hamowania potężnie piszczał. Na suficie zamontowana była kratka (chyba od klimatyzacji) przy której śruby się poluzowały i która na wszystkich wybojach podskakiwała sobie radośnie wydając metaliczny dźwięk. Dodatkowo klimatyzacja w jakiś dziwny sposób ,,zapowietrzała się" wydając odgłos  jak...oddychający Lord Vader.
Jednak taki stan autobusu bynajmniej nam nie przeszkadzał - przynajmniej było zabawnie i teraz możemy sobie to z uśmiechem na twarzy wspominać :D
Wymyśliliśmy, że tam gdzie znajdowała się się ta stukająca kratka jest schowek i na gapę podróżuje nim Lord Vader  ;-)
Jako że autobus nawet w połowie nie był zapełniony mogliśmy wygodnie się w nim przemieszczać i rozpychać wybierając siedzenia, które znajdowały się akurat w cieniu lub które miały kompletne firanki, aby nieco osłonić się od zaglądającego w okno słoneczka i nieco się zdrzemnąć.
Droga na Penang trwała 5 godzin. Aby dostać się na wyspę drogą lądową należy pokonać most Penang Bridge mierzący (uwaga!) 13,5 km. Przyznaję, że robi wrażenie. Jedziesz i jedziesz a po bokach tylko woda.

Źródło: http://commons.wikimedia.org/wiki/File:Perai_and_Penang_Bridge.jpg

Źródło: http://upload.wikimedia.org/wikipedia/commons/b/b4/Penang_Bridge_in_extension.jpg

Most znajduje się nawet na herbie Penangu.


Penang jest wyspą sporych rozmiarów zajmującą obszar 1,048 km2. Dworzec autobusowy na którym zostaliśmy wysadzeni znajdował się w okolicach lotniska i aby dostać się do miasta Georgetown postanowiliśmy wziąć taksówkę, bo nie chciało nam się jechać ponownie autobusem ;-) chcieliśmy wziąć szybki prysznic, przebrać się i jak najszybciej zakosztować sławnego jedzenia :D (taksówka z dworca autobusowego do naszego hotelu w Georgetown kosztowała jakoś 30RM).

Okazało się, że nasz hotel leży w sąsiedztwie trzech dużych food courtów i że owszem - jedzenie na Penangu jest obłędnie pyszne i warto wybrać się tam jedynie dla samego jedzenia!!! Następny planowany przeze mnie wpis będzie poświęcony wyłącznie jedzeniu, które można zjeść na Penang i którym mieliśmy okazję się delektować ;-)

Jednak Penang nie tylko jedzeniem stoi. Jest niesamowitą wyspą pod wieloma względami.
Oprócz wspaniałego jedzenia oferuje piękne świątynie, ciekawą zabudowę, ładne plaże z białym piaskiem i błękitną wodą na północy , piękne ogrody oraz inne atrakcje.
Najbardziej rozpoznawalne na Penangu miasto - Georgetown zostało w całości wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO.
W zabudowie Georgetown znajdziemy wiele śladów po kolonialnej przeszłości i brytyjskim panowaniu - m.in budynki urzędowe, hotele i kościoły.
Teraz na Penangu najbardziej liczną ludność stanowią Chińczycy, którzy wnieśli ze sobą charakterystyczną zabudowę (chińskie domy-sklepy), religię i obyczaje (chociaż nie plują i nie charkają tak jak w kontynentalnych Chinach :P ).
Do tego Jetty - miejsce w którym zbudowane są domy na palach i w którym mieszkają chińskie klany.
W Georgetown znajdziemy mniej i bardziej kiczowate rowerowe riksze - te bardziej kiczowate obwieszone będą kolorowymi lampkami w przeróżnych kształtach począwszy od kwiatków a kończąc na czymś przypominającym drzewka bożonarodzeniowe.
Wszędobylskie chińskie lampiony.
Wspaniała sztuka uliczna w...3D...nie powiem nic więcej, bo będzie o niej osobny wspis i masa zdjęć ;-)
Kek Lok Si - największa świątynia buddyjska w całej Azji - o niej też będzie osobny wpis! :)
Ludzie. Uśmiechnięci, sympatyczni, zagadujący cię, chcący wziąć cię na stopa kiedy idziesz poboczem drogi. Pytający czy próbowałaś już tego/tego i tego - bo przecież jesteś na Penangu a warto to zjeść, kiedy tam jesteś :) Naszego pierwszego poranka na wyspie w jednym ze sklepów pewien młody Chińczyk po zadaniu nam standardowych pytań:  z jakiego kraju jesteśmy, skąd przyjechaliśmy, jak długo zostaniemy na Penang, gdzie wybieramy się po Penangu, mówi: ,,ooo wręczę Wam mapy z oznaczeniami dobrego jedzenia, które musicie koniecznie spróbować! Po czym poza danymi wcześniej mapami oburącz wręcza nam wizytówkę i mówi, że gdybyśmy potrzebowali pomocy mamy do niego zadzwonić.
Misz masz religii i kultur. W okolicach przystanka autobusowego Komtar znaleźć można usytułowane na przeciwko siebie dwa chrześcijańskie kościoły - z tego co pamiętam jeden dla katolików, drugi dla baptystów, a dosłownie kilkanaście metrów dalej znajduje się hinduistyczna świątynia. Do tego spacerując ulicami Georgetown usłyszymy melancholijny głos muezina wzywającego muzułmanów na modlitwę, a po przejściu kolejnych kilku metrów poczujemy zapach kadzideł z buddyjskich świątyń. Penang - Perła Orientu - poza oczywistą oczywistością jaką było jedzenie, zachwycił mnie swoim misz maszem kulturowym, uprzejmością i serdecznością mieszkańców, architekturą i tym wewnętrznym ,,czymś", co sprawiało, że czuliśmy się tam niezmiernie dobrze i co powoduje, że mielibyśmy tam ochotę ponownie wrócić.
 
 Życzę sobie, aby kiedyś tam wrócić.


Charakterystyczna chińska zabudowa
Puk puk.

Gdzieś w Georgetown

Chińska zabudowa

Chińska zabudowa

Chińska świątynia

Riksza. Ta mniej kiczowata ;-)

Domek dla duchów...z wizerunkiem ananska

Klan Jetty

Klan Jetty


Klan Jetty

Klan Jetty. Wszędobylskie chińskie lampiony

Klan Jetty

Klan Jett. Domy na palach

Klan Jetty

Klan Jetty

Klan Jetty

Riksza...ta bardziej kiczowata ;-)

Chińska zabudowa

Świątynia chińska

Wewnątrz świątyni
Wewnątrz świątyni

Wewnątrz świątyni

Wewnątrz świątyni

Wewnątrz świątyni

Meczet

Świątynia chińska


Kolonialna zabudowa i ruch uliczny

Hotel Oriental. Kolonialna zabudowa

Penang to też wielkie budynki ze szkła i stali a ne tylko małe chińskie domki

Kolonialna zabudowa

MC Donald's w kolonialnym stylu

Hinduistyczna świątynia w okolicach przystanka autobusowego Komtar. Niepodal znajdowały się dwa kościoły chrześcijańskie

Chińska zabudowa nocą


8 komentarzy:

  1. Wow, zazdroszczę :) Wspomnienia stamtąd muszę być niesamowite :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Są ;-) podczas pisania tego posta na przemian to uśmiechałam się to śliniłam na wspomnienie tego jedzenia :P

      Usuń
    2. Hehe, też czasami ślinię się na wspomnienie dobrego żarcia z podróży, a już zawsze uśmiecham, gdy opisuję eskapady - to chyba taka terapia wspomnieniami :D świetny element prowadzenia bloga ;)

      Usuń
    3. Zgadzam się!!! Opisując to wszystko wracasz do tego na nowo i przeżywasz jeszcze raz :) I od razu humor się poprawia także masz rację z tą terapią wspomnieniami ;-) Ściskam i dziękuję za komentarze :-*

      Usuń
  2. Ale cudownie tam!!koniecznie muszę się wybrać!:) A Ty pewnie już planujesz kolejną niesamowitą podróż?:p

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli tylko mielibyśmy taką możliwość to oczywiście :D ^_^

      Usuń
  3. Super, zazdroszczę, też chętnie wybrałabym się w takie rejony :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne!
    Domek dla duchów z ananasem bardzo mi się podoba :-)
    Buziaki :-)

    OdpowiedzUsuń