wtorek, 15 kwietnia 2014

Streetfoodowy raj - jedzenie na Penang!

Dzisiaj będzie bardzo apetyczny wpis o jedzeniu na Penang - wyspie wygrywającej w rankingach najlepszego jedzenia na świecie (Lonely Planet stawia ją na pierwszym  miejscu (KLIK))
W poprzednim wpisie pokazywałam jak wygląda i jak zorganizowany jest streetfood na Penang wpis tutaj (KLIK).

Dzisiaj menu z Penangu - czyli co można zjeść na wyspie, a w naszym przypadku w Georgetown. Opisywane przeze mnie potrawy można dostać z mniejszą lub większą łatwością także w innych malezyjskich miastach (jak choćby cendol czy nasi lemak), jednak są dania będące specjalnością Penangu i na Penangu smakujące najlepiej (jak choćby Nasi Kandar czy sławna Penang Assam Laksa - można ją dostać także w KL ale to już nie to samo).

Jeżeli chodzi o kwestie cen jedzenie na Peneng jest cudownie tanie. Smakołyki dostępne są już od 1,5-2RM, za 4RM można kupić obłędnie pyszną zupę, a za 10 RM można się porządnie najeść. Tak wygląda stół za 18RM (nie wliczamy piwa :>): kufel świeżego soku, sataje z różnych gatunków mięsa, stuletnie jaja, pyszny sos orzechowy, dwa talerze makaronu z sosem, mięsem i krewetkami oraz jakieś drobne przystawki na talerzu ze stuletnimi jajami (jedno nazywało się Singapore Bee Horn/Honk(?) i było chyba jakimś gatunkiem ryby, drugie o nazwie Lor bak było bardzo smaczną kiełbaską obtoczoną w chrupiącej otoczce i usmażoną  w głębokim tłuszczu, smakującą aromatem przypraw korzennych.

*W tym wpisie staram się podawać ceny jakie płaciliśmy za jedzenie. Przypominam: 1 RM to niecałe 1zł. Dodatkowo mamy Seny - czyli coś jak nasze grosze.

Tyle dobra za 18 RM ;-)

Jedzenie zakupione przy hawker stalls możemy po kupieniu napoju zjeść w food courcie lub powiedzieć sprzedawcy, że chcemy >take away< - najczęściej jednak sami o to zapytają. A na Penang (i ogólnie w Azji Pd. Wsch.) można zabrać na wynos wszystko. Wspomniane ,,wszystko" zostanie zapakowane w grube worki foliowe, reklamówki, ewentualne sosy zostaną wlane do grubych woreczków, zakręcone i spięte gumką recepturką, dostaniemy dołączony atrybut ułatwiający jedzenie - czy to plastikową łyżeczkę czy grubą wykałaczkę do nadziewania. Lubię patrzeć na ich pomysłowość w pakowaniu tego wszystkiego. Poniżej zdjęcie z wziętym na wynos świeżo wyciśniętym (albo raczej świeżo wyprasowanym) sokiem z trzciny cukrowej. Poręczny uchwyt, słomka, duża ilość lodu i świeży sok z trzciny cukrowej. Czego chcieć więcej? A z takich pomysłowych konstrukcji jakoś lepiej smakuje ;-) Dodatkowo uchwyt z piciem można zawiesić sobie na jakimś haku, co często czynili kierowcy tuk-tuków w Tajlandii - picie w woreczku z lodem i jedziemy!

PONIŻEJ WYBRANE POZYCJE Z MENU, KTÓRE OFERUJE PENANG I KTÓRE MOGLIŚMY TAM ZJEŚĆ:

 

STULETNIE JAJO

Kiedy mówiliśmy, że bardzo chcemy spróbować stuletnich jaj większość ludzi patrzyła na nas z dziwnym wyrazem twarzy. Już podczas naszego pierwszego dnia w Georetown kupiliśmy jedno na próbę i...wróciliśmy po więcej! Nam bardzo posmakowało :) Stuletnie jajo to produkt kuchni chińskiej. Ugotowane na twardo jajka wkłada się do blaszanego naczynia wypełnionego roztworem przygotowanym z gliny, niegaszonego wapna, soli, herbaty, łusek ryżowych i wody. Pojemnik jest szczelnie zamykany i odstawiany na okres około stu dni. W tym czasie dochodzi w nim do procesu gaszenia wapna, podczas którego jajka nagrzewają się, a następnie stygną. Twarda, hermetyczna skorupa, która oblepia jajko, zabezpiecza je przed zepsuciem (źródło:Wikipedia). Stuletnie jaja to tak na prawdę jaja studniowe, ale można je przechowywać dłużej - nawet kilka lat, a jajka podobnie jak wino - im starsze, tym lepsze się stają ;-) 
A tu filmik - relacja z kosztowania jaj: 



Podaje się je z plasterkami marynowanego imbiru (taki jak do sushi) i z sosem do maczania. Białko staje się galaretą o bursztynowym kolorze, a żółtko zmienia kolor na czarno-zielony.

PS. W filmie powiedziałam, że żółtko nie różni się - jednak potem doszłam do wniosku, że też się różni - jest dużo bardziej delikatne - rozpływa się w ustach, staje się wręcz takie bardzo lekko wodniste.
(Jedno jajko kosztowało chyba 50 sen czyli niecałe 50 gr)



POH PIAH

Świetny jako przystawka lub samodzielne danie - w zależności od zakupionej ilości. Pyszny, świeży i chrupiący. To naleśniczki przypominające jakby tortillę połączoną z papierem ryżowym :D Dodaje się do nich pokrojoną zieloną sałatę, coś jak zasmażaną białą kapustę, pokruszone kawałeczki tofu i jakiś sosik. Wszystko bardzo sprawnie zawija się jak tortillę. Poniżej nakręcony przez nas filmik z przygotowania poh piah:



i tenże poh piah w trakcie konsumpcji:
(cena za poh piah w zależności od ilości placuszków - można wybrać między 1 a 10 sztuk)

WON TON MEE/WAN TAN MEE (spotykałam dwie nazwy)


Smaczne lekkie danie, które kupiliśmy sobie na śniadanie. Makaron jajeczny a nie ryżowy (smakuje zupełnie inaczej, nieco twardszy, jak al dente)  z małą ilością ciemnego i intensywnego w smaku słodkawo-słonego sosu, mieloną wieprzowiną i marynowanymi zielonymi papryczkami chilli (w smaku jak marynowane jalapeno tylko odrobinę słodsze), posypane świeżą dymką.
(Cena około 3-4RM)



PENANG ASSAM LAKSA


Nasz absolutny faworyt. Mouthgasm gwarantowany ;-) Zajęła 7 miejsce na liście 50 najpyszniejszych potraw na świecie lista TUTAJ (KLIK). Najlepsza i najsławniejsza laksa serwowana jest przy wyjściu ze świątyni Kek Lok Si (wychodzimy ze świątyni i na przeciwko na rogu znajdziemy zwykłe jedzeniowe stoisko jakich na Penangu setki - TO WŁAŚNIE TAM! Także Anthony Bourdain jadł właśnie tam laksę). Zupa kosztowała nas 4RM (niecałe 4zł), mniej niż kokosy, które kupiliśmy do picia. Zupa z pewnością gotowana jest od pokoleń, podał ją nam uroczy pomarszczony i zgarbiony staruszek. Tego smaku nie da się opisać (i zapewne także odtworzyć :P ) - trzeba ją po prostu spróbować.
Zupa gotowana jest na rybnym wywarze z makreli z dodatkiem trawy cytrynowej, chilli i tamaryndowcem (to właśnie on nosi nazwę assam). W zupie pływają widoczne małe kawałeczki makreli. Podaje się ją z makaronem ryżowym, posiekanymi cebulkami, liśćmi mięty (!!!), czerwonym chilli, pokrojoną sałatą, posiekanym czymś o nazwie >bunga kantan< - jest to pączek kwiatu imbiru. Dodatkowo osobno na łyżeczce znajduje się gęsta i zawiesista >hae ko< - pasta krewetkowa, którą należy sobie wmieszać w zupę. Zupa jest intensywna w smaku, przebija przez nią bardzo delikatny rybny aromat przełamany cierpkim smakiem tamaryndowca, kwaśną nutą trawy cytrynowej i orzeźwiającą nutą mięty. Te smaki w cudowny sposób przenikają się i balansują sprawiając, że zupa jest obłędnie pyszna!!! 
(Cena: 4RM)




 CENDOL


To lodowy deser. Cendol bierze swoją nazwę od zielonych ,,kluseczek" robionych z mąki ryżowej i barwionych pandanem (to właśnie to zioło nadaje zielonego kolorytu). Najpierw do pucharka lub plastikowego pojemniczka wkłada się tarty/golony lód (shaved ice), a następnie słodką czerwoną fasolkę - w całości albo w formie papki, kluseczki o nazwie cendol, a całość zalewa się mlekiem kokosowych. Do tego dolewa się (albo podaje w osobnym garnuszku) słodki syrop palmowy dla nadania słodyczy. Mnie deser naprawdę posmakował. Najlepszy był, kiedy wszystkie składniki wymieszałam ze sobą w jedną masę. Zimny lód przyjemnie chłodzi, kokos nadaje miłego egzotycznego aromatu, a kawałki fasolki i kluseczki cendol nadają ciekawą strukturę. Dodatkowo słodki, lepki syrop palmowy o intensywnym jakby lekko palonym aromacie. Pyszna kompozycja! Bardzo smaczny cendol jadłam nie tylko na Penangu, ale także w Kuala Lumpur w restauracji Madame Kwan's w Suria KLCC (centrum handlowe znajdujące się pod wieżami Petronasa).
(Na Penang kosztowało 3,50RM)


BAK PAO


Bułeczki, które w szczególności upodobaliśmy sobie jako element śniadania. Robione są na parze i przypominają nieco nasze polskie pampuchy. Mają jednak odrobinę inną teksturę, są bardziej puszyste, a ciasto w dotyku oraz podczas rwania jest jakby wielowarstwowe. W środku znajdziemy różne rodzaje nadzienia. Mój mąż najbardziej polubił te o smaku barbecue z wieprzowiną, były też z nadzieniem z kurczaka, kurczakowym curry, słodką czerwoną fasolą, pastą z ziaren lotosu (niesamowicie słodkie, dużo słodsze niż słodka fasola) oraz mój faworyt (dodatkowo zabarwiony pandanem więc zielony) - z nadzieniem jajecznym przypominającym budyń z dodatkiem kokosa - rewelacja!

Nadzienie jajeczne z dodatkiem kokosa

Pork BBQ ^_^

Bak Pao z pastą z nasion lotosu

SATAY

Można powiedzieć, że to w zasadzie sztampowe danie malezyjskie. Dobre jako przystawka lub drobna przekąska. To szaszłyczki robione z różnych rodzajów mięsa w genialnej przepysznej marynacie. Często podaje się do nich równie świetny sos z orzeszków ziemnych, chilli i dodatkiem limonki. Smakuje jak podkręcone masło orzechowe - słodkie, z lekką nutką pikanterii i kwaskowatości. Wybieramy interesujące nas rodzaje mięsa (a także kulki rybne i coś co miałam wrażenie było baranimi jelitami ^_^ - nie mam pojęcia co to było), a sprzedawca je przy nas ugrilluje i zapakuje na wynos.
(Cena to między 0,50 Sen a 1 RM za jednego sataja)



SATAYE WARZYWNE.
Opcja dla osób mających ochotę na jakiś...warzywny fast food :) Ponadziewane kawałeczki różnych warzyw, które sprzedawca wkłada do bulgoczącego wrzątku i już po kilku minutach możemy delektować się warzywnym szaszłyczkiem.



ROTI

To jedyne w swoim rodzaju pyszne chrupiące naleśniczki znane w kuchni hinduskiej i muzułmańskiej. Znajdziemy je także w Tajlandii, gdzie najczęściej serwuje się je z bananem, opcjonalnie posmarowane Nutellą i polane słodkim mlekiem skondensowanym. Z przygotowanych wcześniej małych kuleczek ciasta wyrabia się je w widowiskowy sposób tak jak ciasto na pizzę (stąd roti nazywa się ,,latającym chlebem") do momentu uzyskania bardzo cienkiego niemalże półprzeźroczystego placka. Następnie cieniutki placuszek ląduje na rozgrzanej patelni, jest składany w kopertę (jeśli jest z nadzieniem zostaje w niej ono zamknięte) i smaży się na złoty kolor. Ciasto jest delikatne wewnątrz i chrupiące na zewnątrz. W Malezji moje ulubione roti z bananem (nazwa to roti pisang lub banana roti) podawane było posypane cukrem z dołączonym w oddzielnej miseczce aromatycznym, rozgrzewającym i pikantnym curry. Oprócz curry  w którym można zamaczać kawałeczki ciasta można dostać także dhal (potrawka z roślin strączkowych, najczęściej z soczewicy) lub sambal z dodatkiem anchovies.
(Cena to około 3-6 RM)


CHAR KOAY TEOW

Kolejny faworyt smażony na bardzo gorącym woku - podobno im wyższa temperatura tym lepszy będzie. Ryżowy płaski makaron - tak aksamitny i delikatny że rozpływający się w ustach o lekko ,,przydymionym" aromacie. Do tego czosnek, świeże krewetki, wbite jajko, świeże kiełki i szczypiorek. Proste, ale bardzo smaczne.



NASI LEMAK

 
Narodowe danie Malezji. Kurczak w bardzo aromatycznym gęstym sosie, ryżem gotowanym w mleku kokosowym, prażonymi orzeszkami ziemnymi, ugotowanym jajkiem, świeżym ogórkiem i anchovies (w formie chrupiących wysuszonych rybek). W tradycyjnej postaci potrawa przyrządzana jest zawinięta w liście bananowca i tak gotowana.
Tu akurat zdjęcie nasi lemak z restauracji Madame Kwan's w Kuala Lumpur
 Nasi lemak może występować w wielu różnych wariantach w zależności od rejonu i ludności jej przyrządzającej (Malajowe, Chińczycy, Hindusi). Nie udało mi się jednak znaleźć informacji czy
potrawa pokazana poniżej też była nasi lemak w jakiejś tajemniczej chińskiej wariacji ;-) a oto co zostało nam podane:

 CZY TO TEŻ BYŁ NASI LEMAK?

Kupiliśmy to od żwawej chińskiej staruszki spacerującej pomiędzy stolikami w food courcie. Niosła koszyczek, a w nim miała małe pakuneczki zrobione z liści bananowca. Zapytaliśmy >co to?< , odpowiedziała, że nasi lemak (albo przynajmniej wydaje mi się, że właśnie to usłyszeliśmy). Wiedzieliśmy, że tradycyjnie nasi lemak zawija się w liście bananowca, a takie właśnie pakunki miała Chinka. Jednak po rozwinięciu ukazało nam się to:




 Gęsta pasta o pomarańczowym kolorze smakująca tak, że ciężko to opisać. Była ostra i...na tym kończą się domysły. Może Chinka nastawiła nasi lemak i poszła spać a wszystkie składniki stopiły się ze sobą w jedną całość? :D Nie mam pojęcia. To była najdziwniejsza rzecz zjedzona w Malezji...nawet stuletnie jaja tego nie przebiją :D Nie mam absolutnie żadnego pojęcia, co to mogło być. Chociaż było smaczne :)
(Ta niespodzianka w liściu bananowca kosztowała nas jakoś 1,50 RM)

FRIED OYSTER

 To omlet z ostrygą. Ogólnie rzecz biorąc owoce morza na Penang są pyszne i świeże i warto ich tam spróbować! W tym wariancie mamy tutaj omlet z jajek i mąki z tapioki i do tego bardzo dużą ilość kawałków świeżej ostrygi.  Usmażony na złotobrązowy kolor.  Wszystko posypane szczypiorkiem i z dodatkiem dwóch sosów chilli (słodki i kwaśny). Omlet był pyszny - chrupiący na zewnątrz i soczysty z wyczuwalnym smakiem świeżej ostrygi i mocno ciągnący za sprawą mąki z tapioki (początkowo myśleliśmy, że tą mąka ziemniaczana i z ciekawości zapytaliśmy pana, który smażył nam omlet). Jeśli chodzi o ceny to była najdroższa potrawa jaką zjedliśmy na Penang i kosztowała około 20RM.


 NYONYA KUIH

Pyszne słodkości na deser. Występujące w różnych kolorach, kształtach i wariantach, smakujące kokosem, czasem też z nadzieniem kokosowym. O konsystencji lekko gumiastych kluseczek ryżowych. Często zielone dzięki zawartości pandanu.




(Nie pamiętam cen, ale jakoś kilkadziesiąt senów za sztukę)

Puszyste bananowe naleśniczki.

Smażone na płycie ze specjalnymi nieckami. Przypominające nieco american pancakes. Puszyste, złożone na pół z plasterkami banana w środku.
(Cena za 4 sztuki to 2 RM)



KUCHNIA TAJSKA NA PENANG


W Malezji mieszka spora ilość obywateli Tajlandii (sami przez kilka godzin rozmawialiśmy z przesympatyczną Tajką na jednej z malezyjskich rajskich wysp, ale o tym w następnych wpisach). Na Penang można znaleźć także dania kuchni tajskiej. Jeśli ktoś znajdzie się na Penang i ma ochotę sprawdzić jak smakuje sławna Tom Yum Kung może jej tam spróbować. Smakuje prawie tak samo dobrze jak w Tajlandii!!! Pyszne owoce morza, świeża kolendra i świetnie wyważony słodko-kwaśno-ostry bulion. Kuchnia tajska i ,,penangowa" to jak do tej pory najbardziej uwielbiane przez moje podniebienie smaki :-) (może kiedyś trafię do Meksyku i wtedy zrewiduję swoje zdanie. Uwielbiam jeść bardzo ostro i bardzo aromatycznie).



Żeby nie było że widzę jedzenie na Penang w samych superlatywach tutaj dwie potrawy i jeden deser, które tak średnio mi posmakowały:


HOKKIEN MEE

 Zapowiadało się bardzo smacznie, ale czegoś mi tutaj brakowało, a czegoś było za dużo. Brakowało takiego idealnego balansu jak w laksie. Hokkien mee może być  z dwoma makaronami do wyboru (można wybrać opcję trochę tego i trochę tego) na wywarze krewetkowo-wieprzowym. Podawany z wilcem wodnym (sprawdziłam ;-) tak się to nazywa po polsku, po ang. to water spinach), jajkiem, kulkami rybnymi, krewetkami, kawałkami wieprzowiny i szalotką. Podobnie jak w laksie na łyżce znajdowała się dodatkowa przyprawa, którą należało wmieszać w zupę. W tym przypadku była to pasta z chilli. Jednak zupa jakoś mnie nie zachwyciła - za mało ostra, z bardzo wyczuwalnym rybnym aromatem, które zdominował wszystkie inne smaki. Sprawiając że zupa trąciła mi tylko i wyłącznie rybą.



NASI KANDAR (?) (nie jestem pewna nazwy)


Niby nie można się do tego przyczepić, ale z drugiej strony spróbowałam raz i wystarczyło. To zbieranina różnych hindusko-muzułmańskich produktów. Ryż, curry, jajko, olbrzymia krewetka królewska, rybne chrupki, sataje, udo kurczaka, szalotki, rybne chrupki. Dla mnie - za dużo wszystkiego na raz, za to mojemu mężowi bardzo smakowało, bo było treściwe i w dodatku dużo wszelakiego mięsa ;-)

Wedding cake

Podobno te ciasteczka jedzone są na ślubach stąd ich nazwa. Bardzo spodobały mi się wizualnie. Jednak nie posmakowały mi...suche jak wiór z nadzieniem z (jakże by inaczej) gęstej pasty ze słodkiej czerwonej fasoli. Bardzo suche - po zjedzeniu jednego musiałam wypić sok z kokosa ;-)


Jeśli ktoś wybiera się do Malezji i planuje odwiedzić Penang życzę mu smacznego. Ja przez 5 dni przytyłam jakieś 1,5 kg :P

14 komentarzy:

  1. Świetnie to wszystko opisałaś!... uwielbiam Twoje posty :-)
    Na pewno te 1,5 kg nie zrobiło na Tobie większej różnicy, bo i tak jesteś bardzo szczuplutka :-)
    Ściskam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihih dziękuję :D Oj u mnie jakby się zastanowić to kiepskie połączenie, bo lubię pysznie jeść i dobrze wyglądać ;-) ;-) ;-) Buziaki :-* i dziękuję za kolejny miły komentarz :-)

      Usuń
  2. Ale wybór, nie wiedziałabym na co się zdecydować, Żałuję, że u nas fast foodem nie są takie szaszłyki warzywne. Super opcja. Pozdrawiam.
    http://lifegoodmorning.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też miałam problem z wyborem i żałuję, że nie znajdowałam więcej miejsca w brzuchu żeby spróbować większej ilości rzeczy :D ;-) Zgadzam się co do tego fast foodu - u nas najczęściej knysze, kebaby itd., a tam nie dość że ogromny wybór to jeszcze możliwość zakupienia zdrowych przekąsek ,,na ulicy" - np. wspomniane wcześniej warzywne szaszłyki, albo świeże owoce - poporcjowane, obłożone lodem żeby były przyjemnie chłodne i świeże i zapakowane do grubych woreczków z dołączonym patyczkiem do nabijania. Szybka i zdrowa przekąska :) Dziękuję za komentarz i pozdrawiam! :)

      Usuń
    2. Oj, przekonujesz mnie. Do tej pory te strony wydawały mi się jakieś odstraszające jeśli chodzi o gusta smakowe.

      Usuń
    3. Wszystko zależy jakie kto ma upodobania smakowe :-) Mnie takie klimaty na talerzu bardzo smakują :P Jeśli masz ochotę poczytać więcej o jedzeniu ulicznym tu jest jeszcze jeden wpis o: http://butterfly-flits.blogspot.com/2013/10/jedzenie-uliczne-w-azji.html Zapraszam :)

      Usuń
  3. Ile dobra! Z chęcią spróbowałabym wszystkiego poza... stuletnim jajkiem :P Nie przepadam za jajami a już na pewno nie w takiej postaci ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha a może akurat w tej by po posmakowały :D ^_^

      Usuń
  4. Już mi ślina cieknie .. ;) Ale za 6 tygodni tam będę i zaspokoję apetyt. Mam pytanko, z pewnością jest w Georgetown pełno street foodów, ale czy Wam przypadło do gustu jakieś szczególne miejsce i możecie je polecić ?
    Pozdrawiam, Roman.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam panie Romanie.
      Akurat mieliśmy to szczęście, że nasz hotel był niedaleko wielkiego foodcourtu więc nie musieliśmy nigdzie szukać, bo cały pyszny streetfood skumulowany był w jednym miejscu. Z resztą - na Penang wszędzie jest pysznie ;-) Życzę smacznego i pozdrawiam

      Usuń
    2. PS. a organizacji street foodu na Penang pisałam w oddzielnym wpisie: http://butterfly-flits.blogspot.com/2014/04/jak-wyglada-street-food-na-penang.html Może się przyda, zapraszam do lektury.

      Usuń
    3. Przyda się na pewno. Ten wpis jak i wszystkie inne o Malezji przeczytałem, dzięki za wiele cennych informacji. Teraz już tylko obawiam się o mój żołądek, jak o to całe obżarstwo wytrzyma ;) nie chciałbym, żeby zastrajkował..
      Pozdrawiam, Roman

      Usuń
    4. Ja także żałowałam, że nie mam większego żołądka :D i czasem z powodu przejedzenia faktycznie ciężko było zasnąć po powrocie do hotelu ;-) Jedyne co mogę zaproponować to zielona herbata - co nieco pomagała ;-)
      Pozdrawiam i życzę udanego wyjazdu

      Usuń
    5. Jak to mówią: dobra herbata nie jest zła.. my jednak na wspomaganie trawienia preferujemy % no ale tam, to drogo wychodzi, więc trzeba będzie delikatnie się wspomagać ;)
      W każdym razie dobrego jedzonka sobie odmawiać nie będę..
      Pozdrawiam, Roman

      Usuń