czwartek, 3 kwietnia 2014

Tea time w Cameron Highlands

     Nasz plan podróży po Malezji zakładał, że po kilkudniowym pobycie w Kuala Lumpur pojedziemy stamtąd do Cameron Highlands - okolicy znanej przede wszystkim z przepięknych widoków przedstawiających plantacje herbaty, upraw truskawek i bujnej roślinności. Nie wszyscy wiedzą, że to właśnie w rejonie Cameron Highlands zaginął Jim Thompson - założyciel firmy Jim Thompson Silk Company produkującej jedwab  - ten sam, który do tego stopnia zafascynowany był Azją Południowo-Wschodnią, że w Bangkoku stworzył tradycyjny dom na palach, który mieliśmy okazję odwiedzić (zdjęcia tutaj (KLIK))

        Jako środek transportu do Cameron Highlands, a konkretniej do miejscowości o nazwie Tanah Rata wybraliśmy autobus. Rozkład jazdy oraz rezerwacji biletów można sprawdzić i dokonać na stronie http://www.busonlineticket.com/.Rezerwacja miejsc i biletów on-line wygląda dokładnie tak samo jak kupowanie biletów do chociażby kina. My jednak nie zdecydowaliśmy się na rezerwację internetową, bo autobusy z KL do Tanah Rata jeździły bardzo często - można było wybierać w ofertach różnych przewoźników, przedziałach czasowych i cenach.
Rano wymeldowaliśmy się z hotelu i pojechaliśmy metrem na dworzec autobusowy Pudu Sentral (inna nazwa to Puduraya), który znajdował się tylko dwie stacje od naszego hotelu. Musieliśmy jednak zmieniać nitki metra i ze stacji Maharajalela pojechać do Hang Tuah na której mieliśmy przesiąść się do innej nitki i przejechać się jeden przystanek do Plaza Rakyat. Właśnie wtedy mieliśmy naszą małą wpadkę z pomyleniem wyjść i zmarnowaliśmy nasze tokeny na metro, bo wyszliśmy od strony ulicy i to w dodatku po drugiej stronie, więc musieliśmy przejść się kawałek chodnikiem  do nadziemnego przejścia prowadzącego do metra i kupić nowe tokeny ;-) Ze stacji Plaza Rakyat łatwo już przedostaliśmy się do Pudu Sentral. Nawet jeśli ktoś nie widziałby znaków z pewnością zauważyłby wielu ludzi z plecakami, walizkami i torbami zmierzających w tym samym kierunku.
Podczas całego naszego pobytu w Malezji tylko na Pudu mieliśmy styczność z całą zgrają naganiaczy i naciągaczy. Wystarczyło po prostu ignorować ich oferty sprzedaży biletów i pytania gdzie jedziemy oraz informacje ,,z pierwszej ręki", że większość biletów jest już dawno wykupiona (oczywiście wielka ściema). Poszliśmy na górną kondygnację dworca do kas z biletami (na każdym kroku towarzyszyły nam ,,dobre dusze" chcące sprzedać bilety) i kupiliśmy bilet do Cameron Highlands. Postanowiliśmy umoczyć się nieco w luksusie ;-) i wybraliśmy trochę droższego przewoźnika oferującego wygodniejszy autobus za 35 RM ( czyli około 35 zł) od osoby.
Jako że mieliśmy jeszcze chwilę czasu poszliśmy zjeść śniadanie w postaci bułeczek Bak Pao przypominających nieco polskie pampuchy nadzianych do wyboru: wieprzowiną, kurczakiem czy (tak znowu ;) ) czarną słodką fasolką. Dodatkowo kupiliśmy na drogę świeże, obrane i pokrojone, powkładane do woreczków soczyste egzotyczne owoce - kocham za to Tajlandię i Malezję ;-) - doskonale znają moje potrzeby żywieniowe :D



Wcinając nasze bułeczki i czekając na godzinę odjazdu autobusu byliśmy świadkami scenki sytuacyjnej, kiedy jeden starszy pan dał się nabrać na ofertę naciągacza i kupił od niego bilet, po czym w jakiś magiczny sposób jednak znalazł kasy biletowe i zdziwił się, dlaczego zapłacił dwa razy więcej niż w kasie (pomijam już że na bilecie też widnieje cena). Krzepki staruszek odnalazł sprzedawcę swojego biletu i żądał, aby tamten oddał mu jego pieniądze.
Nie wiem jak to się skończyło, bo musieliśmy wchodzić już do autobusu. Jest to rozwiązane w ten sposób, że klimatyzowane poczekalnie znajdują się na dworcu przy których rozmieszczone są ponumerowane plastikowe budki z przesuwanymi drzwiami. Kiedy zbliża się już godzina odjazdu wchodzi się do takiej budki, która schodami w dół prowadzi na platformę na podziemnym parkingu, gdzie czeka autobus. Dobre rozwiązanie, bo nie trzeba stać w upale na dworze. Dodatkowo w Pudu działało też darmowe wi-fi.

Autobus okazal się wart swojej nieco wyższej ceny, bo miał szerokie i bardzo wygodne fotele, wysuwany podnóżek pod łydki oraz dodatkowy podnóżek pod stopy (jako że nie stałam w kolejce po wzrost doceniam te elementy, bo wygodniej mi trzymać nogi na czymś oparte anieżeli dyndające w powietrzu). Natomiast mój Mąż, który w przeciwieństwie do mnie jest słusznego wzrostu docenił spore odstępy pomiędzy poprzedzającymi siedzeniami, ponieważ zawsze siedzenie znajdujące się przed nim miażdży mu kolana ;-) Tutaj kolana miały jeszcze sporo luzu, nawet gdy osoba przed nami rozłożyła swoje siedzenie do pozycji półleżącej. Jedno jest pewne - obydwoje stwierdziliśmy, że fajnie byłoby podróżować w takich warunkach samolotami :P

Droga trwała jakieś 3,5 godziny. Po drodze mijaliśmy zajmujące wielkie obszary plantacje palmowe, a po prawej stronie towarzyszyły nam zarysy masywów górskich przecinających zachód i wschód Półwyspu Malajskiego.
Po zjechaniu z autostrady i zmierzając do Cameron Highlands autobus piął się wyżej i wyżej. Pojawiły się widoki olbrzymiej dżungli porośniętej bujną roślinnością, coraz większe wzniesienia i góry a także niezwykle wąskie i kręte dróżki z zakrętami o sto osiemdziesiąt stopni. Przed każdym zakrętem kierowca autobusu trąbił, ponieważ droga była tak ciasna, że skręcając wjeżdżał na przeciwległy pas i tym samym dawał znać osobom z naprzeciwka żeby przyhamowały.
Na tych wszystkich zakrętach mogło się naprawdę poprzewracać w brzuchu i tylko czekałam na to, kiedy żołądki siedzących przed nami i opychających się chipsami nastolatek zaprotestują :D Nic takiego jednak się nie stało, za to chłopak kilka foteli za nami nie wytrzymał i dał upust do znajdującej się w kieszeni fotela papierowej torebki....

W końcu dotarliśmy do Tanah Rata. Znajdowaliśmy się około 1600 m.n.p.m. i ucieszyliśmy się bardzo, kiedy się okazało, że nasz hostel znajduje się zaraz przy przystanku autobusowym. Nie musieliśmy więc nigdzie daleko iść.
Ogólnie miejscowość Tanah Rata to jedna główna droga i dookoła niej bazy noclegowe i sklepy oraz miejsca w których można coś zjeść. Potem długo długo nie ma nic i dociera się do następnej małej miejscowości.
Na miłośników pieszych wędrówek będą czekały górskie szlaki, można wybrać się też na trekking po dżungli. Na jeżdżenie po plantacjach herbacianych można wypożyczyć skuter i zaopatrzyć się w mapę albo wybrać ofertę znajdujących się wszędzie biur turystycznych i podłączyć się pod jakąś grupę. Dodatkowo bazary z warzywami i owocami - uczta dla oczu i podniebienia. Wszystko super świeże, chrupiące, soczyste - pyszne! I truskawki. Wszędzie truskawki. Motywy uśmiechniętych truskawek z oczami i rękami znajdowały się na wszystkich ubraniach, piżamach, szlafrokach, kapciach itd. I tu ciekawostka - tam truskawki rosły w małych doniczkach porozwieszanych na stalowych rusztowaniach.

Jako że znajdowaliśmy się w górach, w których jak wiadomo zawsze jest chłodniej - na zziębniętych Azjatów przyzwyczajonych do cieplejszych klimatów czekały wełniane czapki i rękawiczki :) Oczywiście też z motywem truskawek! Po rozgrzanym, parnym i wilgotnym Kuala Lumpur te 20-22 stopnie Celsjusza i lekki zimny wiaterek faktycznie można było odczuć jako lekki chłodek ;-) (ostatecznie wiaterek okazał się zdradliwy i spiekliśmy sobie ramiona :P) Podobno w Cameron Highlands często jest pochmurno i nie ma palącego słońca co tworzy ideale warunki do uprawy herbaty oraz warzyw i owoców, jednak podczas naszego pobytu było piękne bezchmurne niebo - nam to odpowiadało, ale plantatorzy nie byli szczególnie zadowoleni, bo mówili, że słońce pali delikatne herbaciane listki.

Jedno jest pewnie - po tym co zobaczyliśmy w Cameron Highlands stwierdziliśmy, że jeśli Jim Thompson faktycznie tam zginął to z pewnością umarł w pięknym miejscu...

Poniżej zdjęcia z widokami pól herbacianych. Małe herbaciane krzaki o soczyście zielonych liściach tworzące puszyste dywany. Twierdzę, że te zdjęcia nawet w połowie nie oddają piękna tego widoku. Trzeba tam pojechać i zachwycić się na żywo :)








Pojechaliśmy też na plantacje herbaty BOH, gdzie herbatę można było pić na takim tarasie:


Kupiliśmy też jedną z odmian herbaty BOH produkowanej w małej fabryce znajdującej się na terenie plantacji.
Jeśli herbata - to tylko liściasta. Podobnie jak na Sri Lance nikt tam nie ukrywał, że w torebkach lądują można by powiedzieć odpadki poprodukcyjne najniższej jakości. Także herbata owocowa nie cieszy się tam szacunkiem.

Z herbatką na ramieniu. Nie mogli wybrać ładniejszego motywu na opakowaniu :P

Na koniec spotkał mnie zaszczyt, który wysoce połechtał moją próżność. Podeszła do mnie grupa malezyjskich dziewczynek; powiedziały że jestem śliczna, mam twarz jak lalka Barbie (dobre sobie haha :D) i czy mogą zrobić sobie ze mną zdjęcie ;-) Już po raz drugi zdarzyła mi się taka sytuacja, wcześniej stawałam do grupowego zdjęcia kiedy byłam w Indonezji. Wprawdzie z lalką Barbie nie łączy mnie właściwie nic, ale to niesamowicie miłe usłyszeć coś takiego :) Potem odprowadziłam dziewczynki do szkolnego autobusu i chwilę z nimi porozmawiałam ;] 



Cieszę się, że do mojego pudełka zwanego pamięcią wpadło tyle bezcennych wspomnień :)

4 komentarze:

  1. Uwielbiam Twoje wpisy! Fantastycznie przekazana wycieczka:-))) pozdrawiam:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strasznie miło mi to czytać! :) :) :) Bardzo dziękuję za taki miły komentarz!!! Ściskam :*

      Usuń
    2. Moim marzeniem jest wycieczka do Indii.... Tajlandia, Kambodża,Wietnam itd.są to Kraje, które chciałabym kiedyś zobaczyć na własne oczy :-) Na razie niestety w sferze marzeń....bardzo więc się cieszę,ze odkryłam Twój blog, bo dzięki niemu już mogę jedna nogą tam być... :-)))
      Ściskam i czekam na kolejne wpisy :-)

      Usuń
    3. Strasznie się cieszę, że tak przypadł Ci do gustu :) Ja też marzę o dowiedzeniu całej Azji Południowo-Wschodniej + Japonii ;-) Część marzeń już spełniona a kolejne czekają w kolejce ^_^ Pozdrawiam gorąco :)

      Usuń