piątek, 30 stycznia 2015

Droga do El Nido

Po powrocie z wulkanu Taal i spędzeniu jednej nocy w Manili, rano pojechaliśmy na lotnisko, aby polecieć na kolejną wyspę na naszej liście - Palawan.
Wszystkie >smaczki< manilskiego lotniska oraz linii Cebu Pacific z których na nasze nieszczęście skorzystaliśmy opiszę w oddzielnym poście.
Po godzinnym locie (standardowo opóźnionym) wylądowaliśmy w mieście Puerto Princessa - bramie Palawanu.
Początkowo planowaliśmy spędzenie jednej nocy właśnie tu, jednak ostatecznie zdecydowaliśmy, że prosto z lotniska pojedziemy do El Nido - destynacji obieranej przez większość turystów podróżujących na Palawan.

Droga z lotniska do El Nido zajmuje od sześciu do ośmiu godzin. Możemy wybierać między drogą autobusem (trzeba jednak pofatygować się na dworzec autobusowy), kilkuosobowym vanem lub prywatnie taksówką. Wybraliśmy opcję >van< (zaraz przy wyjściu z lotniska czeka chmara Filipińczyków oferujących usługi transportowe).
Nie pamiętam już ile kosztował przejazd vanem, ale ceny można było jak zawsze negocjować.

Wsiadamy i ruszamy w podróż do El Nido (właściwie naszą docelową destynacją będzie położone obok El Nido mniejsze i zarazem tańsze Corong Corong). Obok nas zasiada samotnie podróżujący wesoły Hiszpan i trasa miło mija nam na rozmowach o Filipinach, podróżowaniu w ogóle i...polskiej zimie (zawsze wszyscy wychowani w cieple obcokrajowcy są jej ciekawi).
Jedyna droga wiedzie przez górzystą dżunglę, pola ryżowe,
plantacje palmowe, malutkie wioseczki składające się z kilku chatek lub domów na palach. Gdzieniegdzie widać także Ocean Spokojny. Jest pięknie, dziko, majestatycznie. Widoki, które podziwiam przez szybę sprawiają, że chcę wyryć je w pamięci i zapamiętać na zawsze. Mimo wzrastającego zainteresowania turystów Palawan jest wciąż rejonem dzikim i niezurbanizowanym. Prąd jest tylko kilka godzin dziennie, jednak większość hoteli ma swoje agregaty.
Droga co jakiś czas urywa się i zmienia w kamienistą lub piaszczystą ścieżkę, potem kawałek asfaltu i znowu kamienie. Nasz kierowca w typowo azjatyckim stylu minął się z powołaniem i powinien zostać kierowcą rajdowym. Wystawia zawieszenie vana na wiele prób wjeżdżając bez najmniejszej nawet zmiany prędkości na kamolce, wzniesienia i we wszelkie dziury. Van wytrzymuje to dzielnie i nasze pośladki też. Chociaż po ośmiu godzinach jesteśmy solidnie wytrzęsieni. Jest już po zachodzie słońca kiedy dojeżdżamy do Corng Corong, gdzie kierowca wysadza nas i odjeżdża. Spędzimy tu 5 wspaniałych dni. Aby dostać się do El Nido by coś zjeść lub poszwędać się po nim, wystarczy złapać jeden z niezliczonych tricykli i za 20 pesos za dwie osoby dojechać do miasteczka. My jednak wolimy być niezależni, bo planujemy większe zwiedzanie północy Palawanu i wypożyczamy motor. I to motor MOTOR, a nie azjatycką pierdziawkę, którą poruszaliśmy się po Boholu ;-)


Tymczasem na naszym balkonie
Aby trafić na plażę Corong Corong z naszego hotelu wystarczyło przejść tylko na drugą stronę uliczki i minąć kilka chatek. Plaża była jednak wąska i kamienista oraz cała zasłana małymi bangkami. Za to kawałek dalej znajdowała się piękna plaża o nazwie Maregmeg na którą jeździliśmy naszym motorem.
Długa i szeroka plaża z białym piaskiem i bajecznie niebieską wodą. W dodatku praktycznie bezludna, bo będąc na Filipinach w listopadzie ominęliśmy szczyt sezonu przypadający na styczeń-marzec.

To co boli najbardziej to świadomość, że już za kilka lat plaża nie będzie tak wyglądała. Na zielonej trawie, którą porastają wysokie drzewa palmowe zapewne prędzej czy później powstaną hotele lub przynajmniej bungalowy przy plaży (te już są, ale jak na razie w odleglejszej części plaży).

W drodze na Maregmeg Beach

Maregmeg Beach:






I jak to zawsze bywa na Filipinach - oszałamiające zachody słońca na plaży Maregmeg:














W następnym wpisie pojedziemy do El Nido, gdzie wsiądziemy na łódkę by popłynąć na island hopping!


1 komentarz:

  1. WOW! Jakie piękne widoki, chętnie bym sobie teraz poleżała na takiej plaży! :)

    OdpowiedzUsuń