piątek, 9 stycznia 2015

W drodze na wulkan Taal

Witam w Nowym Roku 2015 i jeszcze raz życzę, aby obfitował on w same spełnione marzenia, zrealizowane cele i dużo samozaparcia w dążeniu do ich realizacji.

Dzisiaj przygotowałam dłuższy wpis o drodze z wyspy Bohol na wyspę Luzon, gdzie docelową destynacją był wulkan Taal. 

Zaczynamy!

 

Welcome to Manila



        Lądujemy na lotnisku w Manili. Kapitan oznajmia, że pada deszcz, co po słonecznym Boholu na którym byliśmy jeszcze godzinę temu jest sporym zaskoczeniem.
Kierujemy się do taśm bagażowych i czekamy, aż gumowe usta wyplują nasze plecaki.
        Moją uwagę przykuwa odziany w mundur filipiński oficer trzymający na smyczy psa...ale nie byle jakiego psa. Nie myślcie tylko, że to jakiś szkolony owczarek strzygący uszami czy węszący labrador. Nie. To najprawdopodobniej kundelek z wyglądu przypominający nieco Jack Russell Terriera. Mężczyzna z psem zauważa mnie (wyglądam podejrzanie?) i podchodzi.
Piesek jest jeszcze bardzo młody - na oko półroczny i wygląda tak uroczo, że mam ochotę go pogłaskać, ale pomimo komizmu całej sytuacji staram się zachować powagę w obawie, że oficer mógłby źle zareagować na mój uśmiech.
         W tym czasie maszyna wypluwa plecak B.,który go chwyta i stawia na podłodze. Oficer przystępuje do działania i wskazując na plecak każe psu szukać. Jednak zgodnie z moimi przewidywaniami szczeniak jest zupełnie plecakiem niezainteresowany. Piesek rozgląda się kręcąc małą główką na wszystkie strony, po czym chwyta za smycz i szarpie ją biegając dookoła.
- Cóż widocznie jaki kraj, takie psy tropiące - myślę sobie :-) (a może jestem w błędzie i piesek mimo, że jest kundelkiem charakterem i inteligencją będzie przypominał Jack Russel Terriera - w końcu to bardzo inteligentna rasa, która dobrze sprawdzałaby się w tropieniu narkotyków i wszelakiej kontrabandy).
      Właściciel szczeniaczka na służbie coś do mnie mówi, ale nie bardzo go słyszę, bo na lotnisku jest bardzo głośno (może opowiada, że pies jest w trakcie praktycznego szkolenia?). Na wszelki wypadek kiwam tylko głową i uśmiecham się. Oficer daje za wygraną , chce iść dalej, jednak jego czworonożny towarzysz woli zostać i wszystkimi łapkami zapiera się nie chcąc podążać za swoim panem. Finał jest taki, że piesek siada na podłodze, a człowiek w mundurze ciągnie za smycz sprawiając, że głowa pieska zamienia się w głowę Shar Pei. W końcu oficer wypuszcza powietrze i sam wybucha śmiechem.

          Na taśmie pojawia się w końcu mój plecak, chwytam go i oboje wychodzimy z lotniska. 
Musimy dostać się na dworzec autobusowy. 
Z racji pogody (deszcz wciąż mocno leje, a całe niebo zasnute jest ciemnymi chmurami - nie wygląda to jak przejściowa ulewa) idziemy na łatwiznę i bierzemy taksówkę. Tym razem jest to ticket taxi - za trasę płaci się z góry, ale cenę i tak można negocjować.
         Wsiadamy i włączamy się do ruchu w legendarne manilskie korki. Kierowca pyta, gdzie chcemy jechać autobusem. Mówimy, że do Tagaytay na wulkan. Taksówkarz nie byłby sobą, gdyby nie zaoferował się, że nas tam zawiezie (z Manili do miejscowości Tagaytay przy której leży wulkan jest około 60 km), ale grzecznie odmawiamy mówiąc, że to za drogo i wolimy autobusem. 
Jesteśmy już niedaleko dworca, stoimy na światłach, a przed nami trzy autobusy. Kierowca zaczyna się intensywnie rozglądać i wychylać głowę zza kierownicy, w końcu bez słowa otwiera drzwi i wychodzi zostawiając nas w pustej taksówce na środku skrzyżowania. 
Podchodzi do jednego z autobusów, puka w drzwi i rozmawia chwilę z kierowcą, po czym wraca do nas i mówi, że ten autobus jedzie do Tagaytay i możemy do niego wsiąść.
Korzystamy z okazji i robimy szybką zmianę środka transportu w trakcie jednego cyklu świetlnego. 
Zapala się zielone i - już autobusem - ruszamy dalej ulicami Manili (która nawiasem mówiąc jest potwornie brzydka) do Tagaytay.

 Autobus z Manili do Tagaytay 


       Przed nami do pokonania 60 km, co po przebiciu się przez manilskie korki zajmuje od dwóch do dwóch i pół godziny. 
Całą drogę leje, a my trzymamy kciuki, żeby następnego dnia, kiedy będziemy wchodzić na wulkan, pogoda była lepsza.
Za bilet zapłaciliśmy 80 pesos od osoby czyli około 6 zł. (Kupno biletu wygląda tak, że w autobusie poza kierowcą jedzie także bileter, który podchodzi do osoby, która właśnie wsiadła i zajęła miejsce, pyta, gdzie chce jechać i sprzedaje jej odpowiedni bilet wyciągany z metalowej tuby). 

Jeśli chodzi o sam autobus to do teraz uśmiecham się na jego wspomnienie. 
Nasze plecaki spoczęły koło kierowcy, a my zajęliśmy dwa wolne miejsca. Sam autobus miał rozkład siedzeń 3 + 2 czyli trzy siedzenia koło siebie, ,,korytarz" i dwa siedzenia. Dość ciasno.
Jako że jestem zdecydowanie drobniejsza niż mój mąż wzięłam na siebie siedzenie na ,,dwójce" obok wyjątkowo tęgiego Filipińczyka - ewidentnie gustującego w fast foodach. Mąż usiadł na ,,trójce" obok dwóch rozchichotanych dziewczyn. 
Jeden z moich pośladków zawisł w powietrzu, bo Filipińczyk z solidną nadwagą zajmował jakieś 1,75 siedzenia. 
Rotacja pasażerów w autobusie następowała jednak szybko i miałam nadzieję, że mój duży kolega wkrótce z niego wysiądzie (co faktycznie po jakimś czasie się stało, a ja zajęłam miejsce na ,,trójce" jadąc tylko z chrapiącym przy oknie starszym panem).

System ,,przystanków" wygląda w ten sposób, że bileter krążący po autobusie krzyczy nazwy ulic lub charakterystycznych punktów (np. nazwa centrum handlowego). 
Jeśli natomiast chce się do autobusu wsiąść nie koniecznie trzeba iść na przystanek autobusowy. Wystarczy ustawić się na trasie autobusu i zamachać na niego ręką. Bardzo wygodne - tym sposobem kiedy wracaliśmy z powrotem do Manili łapaliśmy autobus stojąc praktycznie pod drzwiami hotelu w którym spędziliśmy noc :-) (a sam autobus trafił nam się dużo lepszy - wygodniejszy, nowszy z większymi siedzeniami i z Wi-Fi na pokładzie).

W Tagaytay

         Po 2 h 20 min. kierowca wysadza nas na rondzie w Tagaytay. Tak jak pisałam - jest to miejscowość wypadowa na wulkan, pełna noclegowni we wszystkich przedziałach cenowych. Im bliżej do wulkanu lub im lepszy widok na wulkan (nawet jeśli hotel położony jest w miejscowości obok) tym ceny będą wyższe.
Okolica kojarzy nam się odrobinę z malezyjskim Cameron Highlands. Jest chłodniej, bardziej rześko, a wszędzie dookoła rozpościerają się góry porośnięte dżunglą.
Deszcz wciąż bardzo leje więc niestety rezygnujemy ze zwiedzania okolicy i wieczór spędzamy na tarasie widokowym popijając piwo i patrząc na porośniętą dżunglą dolinę.

W drodze na wulkan Taal


Wstajemy o 6.30 rano. Z nadzieją odsłaniam zasłonę i ku mojej radości widzę piękne bezchmurne niebo. W dolinie, którą obserwowaliśmy poprzedniego wieczoru majaczą kłęby mgły wyglądające jak obłoki pary. Jest pięknie.
O 7.30 przyjeżdża umówiony wczoraj kierowca tricykla (cenę za kurs wynegocjowaliśmy już wczoraj). 

Wulkan majaczy w oddali we mgle. 
Co w zasadzie jest w nim takiego fascynującego poza tym, że jest ,,tak po prostu" wulkanem? Otóż jest to jedyny w swoim rodzaju Wulkan Matrioszka (taki jak te rozkładane rosyjskie laleczki). Na Filipinach na bardzo dużej wyspie Luzon dawno, dawno temu wybuchł sobie wulkan tworząc kalderę, która wypełniła się wodą i tak powstało jezioro, na którym teraz jest wyspa, a na tej wyspie jest wulkan Taal, w którego kraterze jest kolejne jezioro, a na tym jeziorze maleńka wysepka.  Prawda że fajne? :)


 Zjazd z Tagaytay nad jezioro to około 12 km krętą drogą prowadzącą przez górzystą porośniętą drzewami dżunglę (to Azja więc chodników brak :-) ).


Kierowca z naszym środkiem transportu :-)


 Docieramy nad jezioro do przystani i B., który jest w te klocki lepszy rozpoczyna negocjację ceny za łódkę. Najlepiej znaleźć jeszcze dwie chętne osoby (lub więcej) z którymi można wsiąść na łódkę i podzielić się kosztami, ale tak rano tej możliwości nie mieliśmy, bo nikogo poza nami jeszcze nie było. 
Na dzień dobry próbują nam wcisnąć pakiet z końmi i przewodnikiem - nie bierzcie ani jednego ani drugiego - najważniejsza jest po prostu sama łódka, bo trzeba się nią przedostać na wyspę. 
Pierwotna cena w pakiecie łódka+koń+przewodnik to 3500 pesos za dwie osoby. Ostatecznie zeszliśmy do 1800 pesos z wliczoną ceną wstępu na wulkan za 25 pesos od osoby zamiast płacenia w kasie 30 pesos (choć to akurat żadna różnica i groszowe sprawy). Przed wyjazdem czytaliśmy, że w sprzyjających okolicznościach można dojść do 1500 pesos więc jeszcze wydębiliśmy napoje od właściciela łódki za to że nie chciał już zejść niżej :P






Na wyspę pływają bangki - popularne filipińskie łódki z płozami po bokach. Rejs trwa około pół godziny. 
Sternik wysiada razem z nami i prowadzi nas do budki gdzie pobiera się opłaty za wstęp, my dajemy tylko karteczkę z dowodem, że zapłaciliśmy wcześniej, umawiamy się ze sternikiem, że za dwie godziny będzie na nas czekał i wchodzimy na ścieżkę prowadzącą do wulkanu. Zewsząd atakują nas Filipińczycy oferujący maski na twarz (It's very dusty ma'am, you need a face mask!), transport konny (It's very far ma'am, you need a horse, you can't go on your foot!), wielkie kapelusze na głowę w stylu mojej babci (The sun is very strong ma'am you can get a sunburn, you need a hat) a także pocztówki z widokiem wulkanu, picie, kokosy i inne gadżety. 
Wierzcie mi - jedyne co potrzebujecie to buty inne niż japonki (adidasy czy trampki będą ok), dużo wody w plecaku, krem z filtrem i dobry humor :) No i może jakaś czapka z daszkiem, chociaż ja swojej zapomniałam i zostawiłam w Polsce. 
Wejście z przystankami na picie i zdjęcia zajęło nam jakieś 45-50 minut. Podejście dopiero pod koniec jest bardziej strome. Najbardziej tłoczno było zaraz na początku ścieżki, kiedy to mijali nas co bardziej łatwowierni turyści - usadzeni na koniach prowadzonych przez przewodników, odziani w kapelusze i z twarzami zasłoniętymi maskami. Niektórzy wyglądali na tak przestraszonych, że siedzieli nieruchomo jak kukły.
Najbardziej było mi żal koni. Drobne koniki całe mokre od wysiłku taszczące na swoich grzbietach leniwych i/lub łatwowiernych turystów. Zupełnie jak obrazki z Morskiego Oka w Zakopanem. :(

  
     Taal jest wciąż czynny, a teren wokół niego jest aktywny sejsmicznie. Wchodząc na wulkan widzieliśmy gorące siarkowe dymy wydobywające się z dziur w ziemi, a im bliżej wulkanu tym częściej pojawiała się zaschnięta czerwona lawa. U samego podnóża szło się ścieżkami przez nią wyżłobionymi w fantazyjne faliste wzory.
Z tego co udało mi się dowiedzieć po powrocie do domu wiem, że ludność mieszkająca na wyspie z wulkanem robi to nielegalnie i wbrew nakazom rządu, a z turystyki zrobiła sobie źródło utrzymania. Zainteresowanych odsyłam tutaj (KLIK)tutaj (KLIK)






 Wulkan Taal


Doszliśmy. Widok zapiera dech. Stajesz nad kraterem wulkanu wypełnionym wodą w zielonkawym odcieniu. Na brzegach widoczna jest zaschnięta czerwona lawa, widać również buchające z wnętrza ziemi gorące dymy. W karterze widzisz także maleńką wysepkę. Rozglądasz się dookoła i widzisz otaczające wyspę i wulkan jezioro, którego woda ma inny odcień i jest bardziej niebieska.

Z resztą zobaczcie sami na zdjęciach:










Delektujesz się tym widokiem i wtedy pojawiają się Oni: Filipińczycy i ich dziwne pomysły.

Na górze można kupić zimne kokosy, piwo, wodę - chętnie wyżłopałam duszkiem lodowatą wodę ze świeżego kokosa i poprosiłam B. żeby kupił mi kolejnego.

Wtedy podchodzi do nas Filipinka z kijem do golfa i piłeczką.
- Sir write your wish on a ball and throw it to the crater lake. - mówi. 
- I don't believe in it - odpowiada B.
- But she believes. - mówi Filipinka i wymownie wskazuje na mnie, kiedy akurat spokojnie piję sobie kokosa i przysłuchuję się ich rozmowie. 
- She believes in coconuts. - ucina B. 

No cóż, wierzę (?) ;-) 

Potem jeszcze musieliśmy odmawiać pięciu osobom chodzącym za nami z kijami do golfa. W końcu powiedzieliśmy, że w Europie takie rzucanie piłeczkami do wulkanu to śmiecenie i jest nieekologiczne. 
Ale serio - skąd oni biorą te pomysły? Ja bym sto lat myślała i nie wpadłabym na to żeby oferować uderzenie piłki kijem do golfa do krateru wulkanu. Aż strach pomyśleć co będzie gdy wulkan wybuchnie - może lawina piłek golfowych?

Czas było pomyśleć o powrocie. Pomimo nieco większej ceny za łódkę byliśmy zadowoleni, że wchodziliśmy na wulkan tak rano, bo nie licząc grupy Niemców i kilku Koreańczyków nad kraterem było praktycznie pusto. Dopiero przy schodzeniu mijaliśmy całe rzesze wchodzących (a raczej wjeżdżających konno) na wulkan ludzi, którzy patrzyli się na nas jak na zjawiska idące na piechotę. Znowu tak strasznie żal było mi tych umęczonych, idących w upale koni, że chciało mi się płakać. Ale cóż, business is business - jest popyt to jest i podaż, nie wszystkim do szczęścia wystarczy tylko kokos.

....

......chociaż teraz gdy to piszę zdałam sobie sprawę, że też jestem współwinna, bo jestem pewna, że mój kokos został razem z wieloma innymi kokosami załadowany na koński grzbiet i tak przetransportowany, ale przynajmniej cieszę się, że nasze dwa wejścia na piechotę to wytchnienie dla dwóch końskich grzbietów.







2 komentarze:

  1. Nie mogę się naczytać Twoich relacji, musisz napisać jakiś poradnik podróżniczy :D A z tymi piłeczkami to dziwne, ale w sumie u nas rzuca się monety do fontanny (chociaż to tak nie śmieci), co kraj to obyczaj :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I co ważne jeśli masz ochotę wrzucić monetę do fontanny to po prostu ją wrzucasz, a nie że ktoś chodzi za Tobą i ględzi Ci nad głową żebyś to zrobił :D Poza tym wiadomo, że jeśli zdecydowalibyśmy się na realizację tego głupiego pomysłu wystosowana zostałaby za to odpowiednia cena (którą jeszcze należałoby zbijać i tagować się ;-) )
      Strasznie dziękuję za takie pozytywne komentarze - zachęcają do dalszego pisania :) W głowie cały czas mam Twój pomysł o wpisie jak podróżować na własną rękę i z pewnością taki zrobię! :) Pozdrawiam serdecznie

      Usuń