czwartek, 26 lutego 2015

Przyjemności na Nacpan Beach

      Tak jak pisałam w poprzednich wpisach północne rejony Palawanu zwiedzaliśmy z kanapy naszego wypożyczonego jednośladu.
       Zrobiliśmy też sobie wycieczkę na piękną i dużą, a przy tym bezludną plażę Nacpan. Chociaż według wujka Google dojazd zajmuje 20 minut tak na prawdę potrzeba na to około 45 minut, a sama przejażdżka jest świetnym przeżyciem samym w sobie. Jedzie się przez puste drogi, których boki zajmuje dżungla, małe kilkuchatkowe wioseczki lub pola ryżowe. 
Po drodze można zboczyć nieco z kursu i odwiedzić także wodospady. 
     Pod koniec z drogi asfaltowej należy skręcić na polną - składającą się z czerwonej pylącej ziemi, przeplatanej wielkimi kamolcami (świetny offroad i ubijanie pośladów :D ), od czasu do czasu przeprawia się przez małe drewniane mostki i kładki. Buzia sama cieszy się na widok olbrzymich połaci zielonego terenu, soczyście zielonych pól ryżowych, pasących się bawołów i jakiegoś takiego magicznego charakteru. Nad głową latają klucze ptaków, a człowiek czuje się wolny i najszczęśliwszy w tej jednej jedynej chwili mając u boku ukochaną osobę i chłonąc piękno tego odległego azjatyckiego kraju. Niby nic, niby jazda motorem przez jakieś pustkowia a jednak w tym momencie z wielką siłą uderzyło we mnie uczucie, że czuję że żyję, spełniam swoje marzenia i jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. Tak właśnie się czułam, kiedy jechałam i kiedy w promieniach zachodzącego na czerwono słońca wracałam z Nacpan Beach. 
Sama plaża była niemniej piękna, ale jednak ta droga i to co podczas niej czułam jakoś mocno wyryły się wspomnieniem w mojej głowie.


Kiedy dotarliśmy na Nacpan zastał nas piękny palmowy ,,lasek" w którym zostawiliśmy motor i postanowiliśmy przejść się na sam koniec długiej szerokiej i (TAK!!!) zupełnie pustej plaży. Tylko w okolicach ,,parkingu" pod palmami opalało się kilka osób jednak idąc w kierunku cypla, którym kończyła się plaża poza nami nie było żywej duszy. 
Piasek był pięknie biały, fale intensywne, a słońce solidnie paliło. Dotarliśmy do wioski rybackiej i do zatoczki z zacumowanymi rybackimi łódkami. Spotkaliśmy tam dwóch bawiących się Filipińskich chłopców, którzy nasz widok uznali za ciekawą atrakcję, podeszli, zaczęli zadawać pytania i postanowili zostać naszymi przewodnikami i zaprowadzić nas na pobliskie wzgórze (very nice view, come on!). Bardzo wcielili się w swoją rolę torując nam przejście przez zacumowane łódki i stając na linach abyśmy mogli przejść ;-) (co jak się potem okazało wcale nie były takim złym pomysłem o czym przekonałam się kilka dni później w Coron, kiedy przez taką linę od zacumowanej łódki prawie złamałam sobie palec :> ) 
Potem kiedy wspinaliśmy się w japonkach na stromą górkę szli przodem i odgarniali trawy a przy tym powtarzali co chwila: ,,be careful, very slippery". Pewnie nie pierwszy raz bawili się w przewodników, ale muszę przyznać, że zachowywali pełen profesjonalizm i byli w tym na dziecięcy sposób bardzo uroczy. 

Widok z góry na którą zaprowadzili się chłopaki prezentował się tak:

Cypel
Dzieciaki ochoczo pozowały do zdjęć, a potem same dostały do ręki aparat i pstryknęły kilka ujęć, co strasznie im się podobało.

Nasi ,,przewodnicy" ;-) Spotkaliśmy ich tam na dole przy łódkach


Widok z drugiej strony cypla


Zeszliśmy z góry i za bycie naszymi przewodnikami daliśmy chłopcom kieszonkowe. Chwycili banknot, pożegnali się z nami i z radością odbiegli w podskokach.

Widok na dole prezentował się niemniej pięknie niż ten na górze:


Wielka pustka i tylko ślady naszych stóp

Wioska rybacka


Filipińska klasyka gatunku - łódka bangka
Wróciliśmy w bardziej ,,zaludnione" i bardziej ,,komercyjne" tereny plaży przy (mam tu na myśli caaaałe 10-15 osób ^_^ na tak olbrzymim terenie, do tego dwa malutkie bary sklecone z desek i stanowisko do gry w siatkówkę). 
Rozłożyliśmy ręczniki, poczytaliśmy książki i stwierdziliśmy że zgłodnieliśmy. Poszliśmy do jednego z barów i za 30 zł zasiedliśmy do uczty. Talerz muszli w sosie z limonki i mleka kokosowego, smażona ryba, krewetki w mleku kokosowym z papryczkami chilli, do tego dwa talerze ryżu, dwa świeże kokosy i dwa koktajle ze zmiksowanych owoców. Niebo w gębie, a na wspomnienie smaku tej ryby oblizuję się do dziś taka była pyszna!




Potem mała siesta na hamakach rozwieszonych pomiędzy palmami rosnącymi przy plaży. Niebo zaczęło się czerwienić zwiastując nadchodzący zachód słońca. Zaczęliśmy więc szykować się do powrotu z plaży, aby zrobić to jeszcze za dnia.










2 komentarze:

  1. http://freemindtravellers.blogspot.com/ Dla nas raj na ziemi byliśmy tam styczeń 2015 r.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Potwierdzam - bardzo rajskie widoki na każdym kroku :) Mnie się również podobało, że tak mało ludzi tam było :D - czy w styczniu sytuacja wyglądała podobnie? Wiem, że w grudniu powoli startuje sezon (my byliśmy w listopadzie)

      Usuń