niedziela, 22 marca 2015

Bolesne powitanie w Coron Town

- Chyba złamałam palec! - to była jedna z pierwszych myśli jakie wdarły się do mojej głowy zaledwie trzy minuty od momentu, kiedy moja stopa stanęła w porcie w Coron Town na wyspie Busuanga. 
Jeszcze przed chwilą cieszyłam się, że po przyjemnym ośmiogodzinnym rejsie łodzią (o którego przebiegu można poczytać TUTAJ (KLIK) ) dopłynęliśmy cało do wyspy i wysiedliśmy na ląd, a teraz martwiłam się jak będzie wyglądał dalszy pobyt skoro CHYBA ZŁAMAŁAM DUŻY PALEC U NOGI. Po raz kolejny przekonaliśmy się, że filipiński pech atakuje w najmniej spodziewanym momencie.
Jak to się stało?
Z łodzi wyszliśmy po kładce na ląd, założyliśmy plecaki i w drogę. Jak to w porcie bywa znajdowało się w nim mnóstwo zacumowanych łodzi. Pewien Filipińczyk zwijał linę od przycumowanej i dryfującej łodzi w taki sposób, że lina unosiła się w górę i w dół. 
-Uważaj na linę. - powiedział mój mąż.
-Uważam. - odpowiedziałam wysoko unosząc nogę. Niestety podczas stawiania kroku w momencie dostawiania drugiej nogi lina uniosła się jeszcze bardziej, a moja stopa o nią zahaczyła przez co potknęłam się i całym ciężarem ciała dociążonym dodatkowo trzynastokilowym plecakiem runęłam na prawą stopę, a duży palec podwinął mi się szorując boleśnie po betonowej płycie. Jak można się domyśleć moim obuwiem były oczywiście klapki japonki.
Natychmiast poczułam pulsujący ból. Spojrzałam na swoją stopę i zobaczyłam zdarty paznokieć oraz piękny podskórny fioletowy wylew.
Mam chyba pecha związanego z zacumowanymi łodziami. Dokładnie rok temu w marcu w Malezji stanęłam na małą kotwicę znajdującą się pod wodą która wbiła mi się w piętę. Kłującą wypukłą bliznę mam do dziś.

Dzięki japonkom opracowałam technikę chodzenia, w której szłam tylko na pięcie i śródstopiu, a palce miałam uniesione do góry. Wyszliśmy z portu i machnęliśmy ręką na pierwszy wolny nadjeżdżający tricykl podając kierowcy nazwę hotelu. Nic mnie już nie cieszyło, a na każdym wyboju ból rozrywał mi palec. Busuanga i Coron Town miały być naszą ostatnią filipińską destynacją (nie licząc powrotu do Manili) i specjalnie na tą okazję wybraliśmy lepszy hotel z basenem i śniadaniami w cenie. Ostatnie dni miały być nieco bardziej leniwe i spędzone na leżaku. Teraz bałam się, że na leżak będę już skazana do końca pobytu co napawało mnie wielkim smutkiem, bo przecież mieliśmy nurkować tu na wrakach statków japońskich z okresu drugiej wojny światowej i urządzić sobie island hopping oraz tradycyjnie wypożyczyć jakiś motorek lub skuter i zrobić sobie objazdówkę po wyspie.
Kiedy przyjechaliśmy do hotelu palec był już solidnie spuchnięty. Dostaliśmy na powitanie drinka, a ja nie myślałam o niczym innym tylko żeby jak najszybciej wypić zawartość szklanki, wyjąć z niej lód i przyłożyć sobie do palca.
Chciało mi się płakać nie tyle co z bólu, ale co z bezsilności, że nie mogę już cofnąć czasu do momentu w którym nie zahaczam o tą głupią linę.

Trzy godziny później po prysznicu i  namiętnym polewaniu palca lodowatą wodą stwierdziłam, że palec nie jest chyba złamany tylko dorodnie stłuczony. Nie chciałam dać tak łatwo za wygraną - chciałam wyjść i iść podbijać miasteczko. Niestety mimo opracowanej wcześniej techniki poruszania się za daleko nie doszłam, bo każde stąpnięcie odbijało się w moim palcu bolesnym echem więc weszliśmy do pierwszej napotkanej knajpki na kolację i lekkie alkoholowe znieczulenie, a kolejne dwa dni w Coron spędziłam na leżaku.


Palec bolał mnie już do końca pobytu. Do samego końca poruszałam się w japonkach chodząc na pięcie i śródstopiu trzymając uniesiony w górę duży palec. Na szczęście ból zelżał na tyle, że mogłam założyć płetwy, wybrać się na island hopping i chodzić. 
Problem pojawił się kiedy wracaliśmy do Europy i chciałam założyć adidasy - okazało się że opuchlizna jest tak duża, że nie mogę włożyć buta. 
W Polsce zrobiłam prześwietlenie, które potwierdziło, że palec nie jest złamany tylko solidnie stłuczony. Niby błaha sprawa - stłuczenie, a jednak palec dawał o sobie znać przez ponad dwa miesiące. Taki to pech potrafi przypałętać się w raju.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz