sobota, 14 marca 2015

Jak zostałam wilkiem morskim czyli rejs z El Nido na Coron

Większość podróżnych zatrzymujących się w El Nido pragnie wyruszyć w dalszą drogę i dotrzeć do Coron. Właściwie pisząc lub mówiąc ,,Coron" wszyscy mają na myśli wyspę Busuanga, na której znajduje się miasteczko Coron Town - główna baza wypadowa. Natomiast Coron to oddzielna wyspa. Zarówno Coron jak i Busuanga wchodzą w skład archipelagu wysp Calamian.

http://ecop.pbworks.com/w/page/18520521/Calamian%20Deer
http://www.diveright-coron.com/    i      http://www.pafid.org.ph/index.php/resources/documents/11-mapping-the-ancestral-lands-and-waters-of-the-calamian-tagbanwa-of-coron-northern-palawan

Do rozważenia mamy dwie opcje (właściwie 3, ale trzecia jest dla szczęśliwców) dotarcia na wyspę:

1) Wrócić z El Nido do Puerto Princessa (czyli znowu tłuczemy się 8 godzin po wertepach autobusem lub vanem), następnie przechodzimy całą zabawę z odprawą i z wiecznie spóźnionymi koszmarnymi liniami Cebu Pacific
2) Płyniemy z El Nido do Coron Town łodzią (rejs z portu A do portu B trwa 7-8 godzin)
3) Lecimy do Coron Town z prywatnego lotniska w El Nido prywatnym samolotem :P

Jak wygląda kwestia sposobu transportu numer dwa? Jeszcze w Polsce znajomi, którzy byli na Filipinach kilka lat wcześniej odradzali ten środek transportu mówiąc że to niebezpieczne, na TripAdvisorze pojawiały się różne opinie - od tych że to niebezpieczne po te, że zupełnie nieszkodliwe. Jedna z polskich blogerek miała innego pecha - w trakcie rejsu łódź zepsuła się i musieli czekać aż dopłynie kolejna na którą będzie można się przesiąść przez co podróż przedłużyła się z ośmiu godzin do szesnastu.
Pani u której mieszkaliśmy w Corong Corong na wieść, że w dalszą trasę chcemy popłynąć łódką roześmiała się i powiedziała ,,uuuuu very nice adventure!" , jednak po chwili dodała, że teraz faza księżyca jest odpowiednia i nie będzie dużych fal, a sezon tajfunów to już właściwie się kończy...

Jednak wyznając zasadę no risk no fun wybraliśmy oczywiście opcję numer dwa i...zupełnie tego nie żałujemy, bo podróż była fantastyczna!

Ale po kolei.

Z kupnem biletów nie ma problemu, wystarczy w El Nido porozglądać się i szukać plakatów z napisem FERRY TO BUSUANGA (CORON), chociaż w moim mniemaniu słowo >ferry< to zbyt szumna nazwa. Łódki kursują chyba codziennie i będą różniły się pojemnością załadunkową. W teorii mogą pomieścić 50-60-70 osób...a w praktyce to Filipiny więc podejrzewam, że nikt się tym nie przejmuje. 
Dzień wcześniej kupiliśmy bilety u dwóch sympatycznych pań (TARGOWANIE SIĘ OBOWIĄZKOWE), w przeliczeniu zapłaciliśmy około 80zł chociaż niestety nie pamiętam już dokładnie. Pani z uśmiechem rzekła: oh, you're lucky...it's a big boat... Po czym dodała też, że na pokładzie odbiera wi-fi, że mamy stawić się w porcie o 8.30 (łódka ma wypłynąć o 9.00) i żebyśmy wzięli odpowiednią ilość jedzenia i picia, bo na pokładzie nie dostaniemy nic. 
Obkupiliśmy się więc w wodę, colę, ciastka i inne produkty żywnościowe o słodkim lub słonym smaku odporne na wysokie temperatury (wszelkie czekoladowe batony odpadają, ale produkt a la Nutella z patyczkami do maczania jest jak najbardziej TAK).

Tak obładowani stawiliśmy się w porcie o 8.30 gdzie musieliśmy jeszcze opłacić tzw. terminal fee po czym został nam wskazany prom...yyyy  łódź o nazwie Bunso 3 :) Dlaczego uważam, że słowo ferry (prom) to nadużycie? Dlatego że to zdecydowanie łódka (dokładniej tradycyjna filipińska bangka na pływakach) a właściwie coś na kształt kutra rybackiego. Wi-fi na pokładzie? .....HAHAHAHAHAHAHAHA ;D
Łódka wyglądała mniej więcej tak (niestety zapomniałam zrobić własne zdjęcie dla blogowej dokumentacji):

Źródło: http://www.kontynenty.net/Spice_Isl8.htm
 Wskazano nam aby wejść pod pokład i tam zostawić plecaki i rozsiąść się. Dostaliśmy też fikuśne pomarańczowe kamizelki. Pod pokładem na środku piętrzył się stos plecaków ułożony w dorodny kopiec, obok znajdowało się coś na kształt klatki w której umieszczony był silnik tego potwora na pływakach, a po bokach na drewnianych ławeczkach siedzieli inni oczekujący na rejs. 
Poniżej zdjęcia, przepraszam za kiepską jakość, ale robiliśmy je telefonem:



Klatka z silnikiem :)

Z typowo wschodnioazjatyckim opóźnieniem około 9.30 pod pokład zeszło trzech członków załogi.  Zaczęli gmerać przy klatce z silnikiem, wydobyli z niej sznur i we trójkę zaczęli szarpać, aby odpalić tę gigantyczną pływającą kosiarkę. Wyruszyliśmy.


Uwaga specjalnie dla Czytelników nagraliśmy obraz z dźwiękiem silnika:

PS. Wyobraźcie sobie, że o ile zawsze dobrze rozumiem się z Mężem to do dziś nie mogę zrozumieć, że CAŁĄ PODRÓŻ spędził pod pokładem koło tego jazgoczącego silnika czytając książkę podczas gdy ja napawałam się fantastycznymi widokami i poznawałam nowych ludzi ;-) :D

video

Kiedy tylko wypłynęliśmy z portu nastąpiło ogólne rozluźnienie, zrzuciłam swoje pomarańczowe wdzianko i wyszłam na drewniany dek skonstruowany pomiędzy pływakami i łodzią. Pogoda była piękna wprost wymarzona. Tafla wody płaska jak na jeziorze - zero fal, przyjemna bryza chłodziła stopy, pęd łodzi muskał twarz i dawał to wyjątkowe poczucie swobody i wolności.
Usiadłam na jakiejś drewnianej skrzyni i oparłam nogi o balustradę, chwilę później miałam już towarzystwo dziewczyny ze Szwajcarii a pół godziny później zebrał nam się międzynarodowy koktajl złożony z Kanadyjczyków, Niemki, Filipińczyków i koleżanek mojej nowo poznanej koleżanki ze Szwajcarii.
Podróż przyjemnie upływała na rozmowach o podróżach - o tej obecnej i tych odbytych wcześniej, o naszych krajach, o różnicach życia w nich, o pasjach i o marzeniach.
Wszyscy słuchaliśmy fantastycznych opowieści Sary, 29 letniej Niemki, która była w samotnej podróży od 11 miesięcy. Opowiadała o podróży po Nepalu, o najpiękniejszych widokach jakie zobaczyła w swoim życiu na indonezyjskiej wyspie Sulawesi, o pracy w Tanzanii, Szanghaju i Australii, o tym że jej życie to tak na prawdę jedna wielka podróż, bo kiedy wraca do kraju nie potrafi długo usiedzieć na miejscu.
Takie spotkania zawsze uczą czegoś nowego, pokazują, że warto iść w zgodzie za swoimi marzeniami i prowadzić takie życie, jakiego sami pragniemy, a nie jakie inni chcą abyśmy prowadzili.



                                                                           

                                                                               ★★★

Wbrew temu co powiedziała pani od której kupowaliśmy bilety na łódź zostaliśmy poczęstowani także obiadem. 
Dostaliśmy porcję ryżu, jakieś curry z drobno pokrojonym mięsem - w sam raz na jeden kęs, małą butelkę wody i do tego jednego banana. 
Obiad zaserwowano z typowo azjatyckim pomysłem - talerz włożony do woreczka foliowego, a na woreczku jedzonko. Po skonsumowaniu wystarczy tylko zdjąć woreczek - można użyć go jako śmietniczek na plastikowy widelczyk i na skórkę po zjedzonym bananie, a zmywać nie trzeba :D Genialne! Powinnam zacząć stosować to w domu :) Widziałam coś takiego na filmikach z jedzeniem ulicznym w Chinach i muszę przyznać że to świetny pomysł :D
Ten obiad na łodzi był jedną z najlepszych rzeczy jakie jadłam na Filipinach. Jedzony na kolanie, wśród innych towarzyszy podróży, na mknącym przed siebie statku z bryzą chłodzącą twarz i z widokami na błękitne niebo i pokryte zielenią małe skalne wysepki.








Po ośmiu godzinach dopłynęliśmy do portu w Coron Town, pożegnaliśmy się, życzyliśmy sobie szczęścia i każdy poszedł w swoją drogę.




1 komentarz:

  1. Wspaniała fotorelacja:-) Uwielbiam Twoje wpisy:-)
    buziaki.

    OdpowiedzUsuń